Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Zła Noc

Tafla Białej Wody była spokojna. Z początku, pełni sił wiosłowaliśmy równo. Później zluzował nas wiejący korzystnie wiatr, który nadął niewielki żagiel łodzi. Powrócił spokojny oddech i siły. Każdy z nas ciekaw był wszystkich wydarzeń na Półwyspie. Każdy z chęcią opowiadał, jaki los i bieg wypadków wplątał go w wyprawę.

- Już o dawna czułem, że nie będzie mi dane zostać ani pustelnikiem ani opiekunem kącin - opowiadał Krokosz. - Gdy inni żacy cały swój czas w bliskości z naturą, cześć bogom i przodkom oddawali, mnie Biedrzeniec uczył dziejów, obyczajów, sztuki rozmowy i zielarstwa. Już od trzech miesięcy kazał mi w Żakach, w pogotowiu siedzieć.

Widać było po jego wychowaniu rękę Biedrzeńca. Pokora, z jaką odnosił się do otaczającego świata, bezgraniczne - w dobrych i złych chwilach - oddanie bogom i tradycji. Byli tacy, co żerców wyśmiewali zarzucając im zabobony. Łatwo było tak myśleć w dzień, z pełnym brzuchem, w bezpiecznych pieleszach. Ale każdy, najbardziej kapłanom nieprzychylny, od nich pomocy oczekiwał, gdy zapadała ciemność i strach zaglądał w okna...

Pierwsze wspomnienie to grudniowa noc. Nieosłonięte śnieżną pierzyną pola. Sucha i mroźna nawałnica. Po ścianach naszej siedziby ślizgał się przenikliwy wiatr strącając zawieszone na dachu sople. Każdą udaną próbę wtargnięcia do izby huragan obwieszczał triumfalnym gwizdem. Wszyscy, ciasno zbici w gromadę, czuli, że świat w rękach Złego.

gdańsk przewodnik słowianie białej wody

Słuch wytężony do granic wyławiał każdy dźwięk. Czy to wiatr między chatami czy dusze drogę do Nawii zgubiły i wołają pomocy? Czy to stare drzewa konary gubią czy demony po nas przyszły? Czy po całym tym roku wszelkimi klęskami wypełnionym przyszedł na nas koniec ?

Wzrok utkwiony w narożnym palenisku, w ogniu, który dawał ciepło i nadzieję. Przy nim żerca mamrotał zaklęcia. Na kotle, nad płomieniami dymił wywar. Dla każdego z nas, by pomógł Złego przepędzić.

- Wybaczcie bogowie, żeśmy wam żertwy liche składali. - Duchowny podniósł nieco ton, nalewając wywar do naczyń. - Choć pola nieobdarzone deszczem zbóż rodzić nie chciały, wam najlepsze snopy poświęciliśmy. Mizerne były owoce polowań. Zwierzyna głęboko na bagnach zły czas spędza, jednak najdorodniejsze jelenie i sarny wam się dostały. Rębajcy wiele z sieci naszych ryb zrabowali, lecz należną część wam ofiarowaliśmy.

Dostałem swoją miskę z wywarem. Upiłem i poczułem jak ciepło rozchodzi się po ciele. Kształty i barwy realnego świata ustąpiły powoli miejsca obrazowi jego ducha. Czułem, bardziej niż widziałem skulonych obok rodziców, kuzyna Tasznika i dalszych krewnych. Wyczuwałem duchy domowe i polne, co także złą aurą wystraszone do ognia i ludzi się przybliżały. Słyszałem niesione wiatrem zawodzące zmory. Dostrzegałem czającą się w ciemności watahę zgłodniałych wilków.

- Wybaczcie i wy bracia, coście ze świata odeszli, Nawii nie odnajdując. - Żerca przebłagawszy bogów rozpoczął nawoływanie dusz. - Listopadowe Zaduszki niegodnie obeszliśmy. Przyjdźcie, a ugościmy was i drogę wskażemy.

Dreszcz przeszył mnie, gdy zachęcone zmory przybliżyły się do chaty. Nagle, na środku izby, pośród przygotowanej strawy i miodu wyczułem obecność zjawy. Dostrzec ją mogłem tylko z trudem. Falujące kontury i cienie układały się w niewyraźną postać młodej kobiety.

- Kim jesteś i czego żądasz, siostro? - kapłan podniósł oczy ku zjawie.

- Jestem Arnika z Chruścieli - odezwał się szept równie mglisty co postać. - Zabrano mnie ze świata, od moich dzieci. Kiedy były pod moją pieczą, nie znały krzywdy. Chcę, aby tak pozostało, a w Okonkach nie są bezpieczne. Nie minie długi czas, a przyjdzie ze wschodu pożoga i wszyscy zginą. Zabierzcie je stamtąd.

- Straszna to przepowiednia, lecz stanie się według twojego życzenia, Arniko. - Żerca uniósł kadzidło i pomieszczenie wypełnił zapach niedźwiedziego czosnku. - Teraz odejdź w pokoju, uleć do Nawii.

Postać zniknęła bez słowa. Jej miejsce zajęła rozedrgana sylwetka postawnego mężczyzny, a z pola rozległy się głosy tysięcy kruków, wron i kawek.

- Kim jesteś i czego żądasz, bracie ?

- Jestem Czcibor, książę na Manowcach - zabrzmiało jak ze studni. - Pokonała mnie natura, gdy nowy kraj pragnąłem zbudować. Poddani pozostali mi wierni, choć zawiodłem ich zaufanie. Błąkają się między światami w ślad za mną, poszukując dogodnego miejsca dla gniazd. Moje życzenie ich dotyczy. Idzie czas, gdy ludy ruszą w drogę. Wam także przyjdzie siedziby porzucić, lecz znajdziecie nowe. Gdy przyjdzie pora, przyjmijcie bezdomnych między siebie.

- Ponura przyszłość przed nami, jeśli spełni się co mówisz. Będziemy jednak pamiętać o obietnicy. Nie odmówimy przybyszom gościny. Uleć teraz do Nawii, książę - powiedział żerca i znów zapachniało ziołami.

Ledwie zmora zniknęła drzwi chaty otworzyły się. Wraz z zawieją do środka wpadł Grążel, syn naczelnika. Wyczerpany, na twarzy blady, w ubraniu całym splamionym krwią wyglądał, jak upiór.

- Wici! - krzyczał, rzucając na stół pęk łoziny. - Rębajcy palą Okonki!

Wszyscy mężczyźni zerwali się. Chwyciwszy broń wybiegli stawić czoła najeźdźcom. Ostatnim z mężczyzn w chacie pozostał żerca. Z czcią poustawiał na swoich miejscach ofiarne naczynia, a zioła wsypał z powrotem do kamionkowych garnków. Sprawdził czy groty strzał nie stępione, a łuk dobrze wyważony i dołączył do wojów. Przed wyjściem spojrzał na pozostałe w izbie matki z dziećmi i rzucił:

- Proście bogów, aby nam sprzyjali, bo jeśli się od nas odwrócą broń zda się na nic.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później