Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Udane łowy

Świetlik, drugi z nowopoznanych, był od Krokosza energiczniejszy. Mówił szybko, jakby ciągle się gdzieś spieszył. Nie było w nim, jak u przyjaciela, tyle pokory, ale też nie czuło się buty. W jego słowach słychać było typową dla mędraków pewność siebie, ograniczoną jednak przez wpajany uczniom od najmłodszych lat szacunek dla otoczenia.

- Ja niczego nie podejrzewałem. - Świetlik podrapał się po głowie. - Starsi uczyli mnie, jak innych adeptów: Chmiel polowań i przetrwania na bagnach, Radog gospodarstwa, a Orkisz opisania świata, rachunków i dziejów. Dopiero kilka miesięcy temu Chmiel dał mi zadanie... - Świetlik zawiesił głos.

Wbrew temu co mówił chyba i jego od dawna szkolono do tej wyprawy. Radog i Orkisz to przecież najlepsi z mędraków, a Chmiel to niezrównany myśliwy. I mnie też kiedyś uczył...

Na polowania zacząłem chodzić kilka lat po wydarzeniach Złej Nocy, pod opieką mędraka Chmiela, którego mi ojciec wyznaczył na nauczyciela. Był doświadczonym myśliwym. Uczył mnie, jak poruszać się na bagnie, jak podchodzić zwierzynę i walczyć z bestiami. Dzięki jego mądrości wiedziałem jakich ziół na rany użyć, a jakich do trujących strzał. Jednak największa jego mądrość nie kryła się w sztuce myśliwskiej.

- Chmielu - przełamałem się kiedyś, aby zadać mu zuchwałe pytanie. - Nigdy nie widziałem, abyś składał żertwy. Nie czcisz bogów ?

Nie odpowiedział. Patrzył mi przez chwilę głęboko w oczy.

- Zbieraj sprzęty - odrzekł po chwili. - Pójdziemy nad Błotnicę. Październik idzie. Gęsi już się powinny zbierać do odlotu.

Kilka godzin drogi spędziliśmy bez słowa maszerując prowadzeni ścieżką wytyczoną przez pokolenia myśliwych. Było już popołudnie, gdy Chmiel zwolnił kroku, gestem nakazując milczenie. Ostatnią część drogi pokonaliśmy skradając się wśród przybrzeżnych trzcin, aż stanęliśmy na niewielkim, dobrze zamaskowanym wzniesieniu.

- Ptak poznaje myśliwego po sylwetce, zwłaszcza głowie i ramionach - opowiadał półgłosem. Przed nami rozciągało się rozlewisko Błotnicy, gęsto pokryte zbierającym się od wyprawy na zimowisko ptactwem.

- Nie bądź zbyt gwałtowny. Poruszaj się powoli i płynnie, możliwie bezgłośnie. Głowę przekrzyw, trzymaj w ramionach tuż obok cięciwy tak, żeby móc celnie wypuścić strzałę - mówiąc to spokojnym, ale zdecydowanym ruchem strzelił.

- Nie zrywaj się zaraz po zdobycz, czekaj - kontynuował, patrząc na berniklę, z grotem tkwiącym pod skrzydłem. - Reszta stada ze chwilę się uspokoi. Jeśli się nie zdradzisz będziesz miał szansę na jeszcze kilka strzałów nim je przepłoszysz. Twoja kolej.

Cis, róg i ścięgna mojej broni napięły się zgodnie, gdy odciągnąłem cięciwę. Spośród stada wybrałem dorodną gęgawę. Strzał był celny, choć trafiona w zbieg szyi i piersi gęś nie zginęła od razu, wzbudzając wśród innych ptaków spory niepokój.

- Pamiętaj o oddychaniu, strzelaj tylko pomiędzy wdechem i wydechem - pouczył mnie Chmiel, sam bezbłędnie trafiając gęś zbożową.

Udało nam się zdobyć osiem sztuk nim cień orłana wilczarza odbił się w lustrze wody, wzbudzając popłoch wśród gęsi.

- Nic tu po nas, sam król przybył na łowy - rzekł Chmiel, spoglądając w niebo, na ogromną sylwetkę drapieżnika. - Zbierajmy, co nasze i ruszajmy. Orłan gotów i na nas szpony zacisnąć.

Zebraliśmy łupy i ruszyliśmy z powrotem zagłębiając się w olszynie. Noc zastała nas na bagnach. Iść dalej w mroku nie było bezpiecznie, dlatego wybraliśmy dogodne miejsce na biwak. Cieszyło mnie to, bowiem przy ognisku, przed snem, Chmiel był najbardziej skłonny zaspokajać moją ciekawość.

- Pytałeś mnie o bogów - powiedział, gdy już posililiśmy się gęsim mięsem. - Opowiem o tym, lecz najpierw ty odpowiedz na moje pytanie. Czy widziałeś ich kiedyś ?

- Jakże to! - zdziwiłem się. - Żartujesz ze mnie? Bogów nie można zobaczyć...

- Skąd więc wiesz, że istnieją ?

- A kto pioruny w burzy ciska, kto wznieca fale na Białej Wodzie? Bogowie!

- Pioruny powstają, gdy chmury się zderzają z wielką mocą. Gdy pocierasz zastygłą żywicę o lnianą koszulę, także prąd się rodzi. A fale na wodzie wzbudza wiatr...

- A kto w chatach psoci, sprzęty niszczy, choroby sprowadza?! Licho! I tutaj na bagnach są rusałki i topielce. Pólnice na polach, mary przy cmentarzach... Nie pamiętasz Złej Nocy?! Sam widziałem zmory, które wtedy przyszłość przepowiedziały! - Zamilkłem, zawstydzony swoim wybuchem.

- Nie unoś się chłopcze - zrugał mnie nauczycie, ale dalej mówił spokojnie. - Zadałeś pytanie, za które wielu przebiło by cię ostrzem. Ale mnie powierzono ciebie w opiekę, od lat cię uczę i na twoje pytania chcę odpowiadać. Zawsze musisz jednak pamiętać o szacunku dla Starszych.

- Wybacz. Wiem, że jestem tobie winny poważanie - odrzekłem z oczami wbitymi w ziemię.

- No już, odrzuć wstyd, wybaczam ci - powiedział Chmiel, kładąc mi rękę na głowie. - To niełatwe sprawy. Wielu, mimo wątpliwości, nie ma odwagi o nich wspomnieć. Ty zadałeś pytanie. Prawdę mówiąc, czekałem, kiedy je zadasz. Jeśli zrozumiesz i przyjmiesz to, co powiem, świat otworzy się przed tobą.

- Opowiedz - poprosiłem pełen obaw, nie patrząc Chmielowi w oczy. Czułem, jak chwieje się porządek świata, który dotąd budowałem.

Mędrak wziął głęboki oddech. Dla niego również nie była to łatwa rozmowa:

- Mieliśmy dziś udane łowy. Zdobyliśmy dorodne gęsi, uniknęliśmy szponów orłana, nie zgubiliśmy drogi w gęstwinie. Czy to było szczęście? Nie! Latami uczyłem się odnajdować bezpieczną drogę na trzęsawisku. Mój poprzednik poświęcił życie na poznawanie zwyczajów zwierząt. Inny człowiek próbował różnych mieszanek ziół i znalazł najlepsze z nich. Nauczyłem się od moich mistrzów wszystkiego, co zechcieli mi przekazać i dodałem do tego swoje doświadczenia. To wiedzy zawdzięczamy powodzenie, nie bogom.

Drżałem na całym ciele. Bardzo chciałem odrzucić wszystko, o czym mędrak opowiadał, ale nie znajdowałem żadnych Słów, które mógłbym przeciwstawić jego Słowom.

- Tak samo jest i w codziennym życiu - ciągnął Chmiel. - Żywicze słuchając żerców oddają bogom pokłon prosząc o plony, ale, za radą mędraków, dzielą pola na trzy lata, dając im odpocząć. To dzięki rozumowi mają obfite zbiory.

- Od lat nie ma dobrych plonów - zauważyłem. - Ani połowów. Takie polowanie, jak nam dziś prawie się nie zdarzają.

- To prawda - Chmiel odrzekł poważnie. - Od lat widzimy, że aura się zmienia. Deszczu na polach mało, a z bagien niezdrowe powietrze przynosi choroby. Dlatego tak ważne, abyś zaufał rozumowi. Na połów wyruszaj z siecią, zamiast modlitwy. Na bagna z mieczem i łukiem, nie ze świętym ogniem. Tylko tak postępując szczep Żywiczów przetrwa zły czas.

Przerwał na chwilę widząc moje rozedrganie.

- Dość już chyba namąciłem ci w głowie - uśmiechnął się łagodnie. - Taka już mędraków rola. Naszą rzeczą jest nauczyć kowala mocne miecze wykuwać, chłopa dobrze rolę uprawiać, a z takich jak ty wyrostków, mężczyzn uczynić. A teraz uklęknij. Podziękujemy puszczy za dary dzisiejszych łowów.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później