Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Polowanie II

Choć mówili o małym doświadczeniu Rybowcy wiedzieli dobrze, co się zaraz stanie i jak powinni się zachować. Na znak przewodnika ustawili się w kole na niewielkim wzniesieniu. Zdobycz chowając wewnątrz okręgu zajęli pozycje tak, aby jeden drugiego mógł w razie ataku osłonić. Drągi, do których przytroczona były truchła zwierząt posłużyły teraz jako piki, mocno trzymane przez pierwszy szereg obrońców. W drugim szeregu gotowi do strzału łucznicy i kusznicy, a za nimi najmłodsi z myśliwych, których zadaniem było szybkie ładowanie kolejnych bełtów.

Tak zorganizowani nie czekaliśmy długo na bestie. Najpierw pojawiło się duże stado wilków ostrożnie podchodzące z różnych stron do okręgu. Nie miały jednak szans nas podejść przy tak czujnej obronie. Nie dałyby nam rady nawet niedźwiedzie jaskiniowe ani lwy z Sepii. Mimo to, Rybowcy nie byli spokojni.

Z oddali zaczęły dochodzić podobne wilczym odgłosy. Gdy jednak zbliżyły się na tyle, by je dojrzeć okazało się, że to nie powracająca wataha, lecz zwykłe psy. W coraz głośniejszym zgiełku nawołującej się sfory dało się słyszeć odgłosy, które z całą pewnością nie wydobywały się ze zwierzęcych gardeł.

- Pasterze - rzucił w przestrzeń Ciernik, ale na moje pytające spojrzenie nie odpowiedział.

Niemal nagie, ludzkie sylwetki, które przemykały między kotłującymi się psami były smukłe, obdarzone kocią zwinnością. Każdy odgadłby od razu, że należą do barbarzyńców, którzy zamieszkują położone na wschód od Dzikich Wzgórz i na południe od ziemi Dąbrowców Steporoże.

Kilka psów, którym nakazali atak zginęło od drewnianych pik, nawet nam nie zagrażając. Poświęcili je, aby ocenić nasze siły. Niepokojące zmyślne, jak na barbarzyńców...

Kolejna fala była już znacznie większa. Wśród kilkudziesięciu ujadających psów, które na nas ruszyły kryło się kilku dzikich z dziwnymi, opakowanymi w wielkie liście kulami. Pierwszy szereg obrońców odpierał zaciekłe ataki sfory, kiedy kule poleciały w naszą stronę. Gdy się rozbiły, już wiedziałem, że to bomby pieprzowe. Piekący ból wdzierał się do nosa i krtani. Kaszlące, dławiące się szeregi obrońców z wielkim trudem odpierały coraz wścieklejsze ataki.

Co chwilę słychać było wrzaski obrońców, gdy kły wbijały się w ich ciała. Równie często rozlegało się skomlenie ugodzonego pika czy bełtem psa.

Ja sam ledwie widząc załzawionymi oczami z trudem nadążałem zabijać kolejne wilczury rzucające się do gardła. Dzicy ośmieleni osłabieniem naszej obrony dotąd chowający się za walcząca sforą włączyli się do bezpośredniej walki siejąc popłoch swoimi włóczniami.

Okrąg naszej obrony pękł na dobre pod naporem przeważających napastników. Część rozjuszonych wilczurów i ich panów wdarło się do środka, pędząc ku stosowi upolowanych wcześniej zwierząt. To był ich błąd. Zaślepieni widokiem znajdującej się na wyciągnięcie ręki zdobyczy nie zwracali już nas uwagi. Zginęli szybko, a ich znajdujący się wciąż na zewnątrz kręgu pobratymcy , widząc klęskę ataku, rzucili się do bezładnej ucieczki.

Zginęło czterech spośród myśliwych. Na noszach dogorywał nasz przewodnik. Poszarpana rana na udzie Ciernika obficie krwawiła. Łup jednak niemal w całości uratowaliśmy.

- Jak się czujesz? - spytałem szypra.

- Wyliżę się - odparł hardo, choć widać było, że stracił sporo krwi. - Wężynka się mną zajmie.

Ja szczęśliwie, poza licznymi zadrapaniami, nie odniosłem większych obrażeń.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później