Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Bieluch Pan

Kącina, z oddali, zdążyła ukazać nam swój kształt jeszcze przed zmrokiem. Jej prosta, podtrzymywana limbowymi balami konstrukcja posadowiona był tuż przed pobielonym wejściem do groty. Kopalnia kredy. Jeśli uwierzyć opowieściom, nasi poprzednicy tu zawarli sojusz z Bieluchem. Czy i nam będzie on przychylny ?

- Wejdziemy? - zapytałem.

- Po to świątynie wybudowano, aby do nich wchodzić i składać ofiary - odrzekł ruszając ojciec.

Wewnątrz, jak to w kącinie, niewiele było do oglądania. Kurz i pajęczyny były znakami rzadkiej tu ludzkiej obecności. W rogu resztki dawnych żertw: poszczerbione garnki z sadłem, kamionkowe dzbany na piwo, mosiężne kabłączki i ozdobne groty strzał.

Wyjęliśmy, co który miał: owinięty w płótno kawał sera, zioła z kaptorgi i kilka grudek żywicy. Te skromne dary w kącie bogom ofiarowawszy, oddaliśmy im cześć, prosząc w myślach o łaskawość. Wyszliśmy z kapliczki, stając u wejścia do groty. Spojrzeliśmy na siebie, wiedząc, że teraz do wnętrza góry przyjdzie nam się zapuścić.

Przezornie zaopatrzeni przez Przewodnik Starzyka w olej skalny sporządziliśmy pochodnie, broń trzymając w pogotowiu. Zagłębiliśmy się w nieznany korytarz. Nie była to mina wydrążona wyłącznie ludzką ręką, ale poszerzona i wzbogacona o boczne chodniki naturalna jaskinia. świadczyły o tym komory o sklepieniach gęsto pokrytych sopleńcami i kolumnami najróżniejszych kształtów i barw. Wyjąwszy jednak te kolorowe hale, korytarze oświetlone blaskiem pochodni jaśniały wszelkimi odcieniami bieli.

Trzymając się najszerszego i najprościej biegnącego korytarza zapuściliśmy się w dół, na sporą głębokość, gdzie powietrze stało się nieprzyjemnie gęste, wilgotne i chłodne. Pochodnie zaczęły oddawać już ostatnie porcje światła, gdy natknęliśmy się na kolejną komorę. Była ogromna. Nie dało się dostrzec jej sklepienia ani ścian. Jej wnętrze wypełniało wodny zbiornik o nieprzeniknionej czerni. Gdy podeszliśmy bliżej w toni, na drugim brzegu jeziora odbiła się sylwetka jaskrawo białego, spokojnie obserwującego nasze przybycie, olbrzymiego niedźwiedzia. Mimo, że nasze pochodnie niemal już zgasły, było jasno. Niedźwiedź, emanował znanym nam już bladym światłem, któremu towarzyszył silny zapach czosnku.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później