Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Czas szeptunek

Ojciec spał już od wielu godzin. Czuwała przy nim sama Witlicha, zwilżając jego rozpalone czoło lnianymi okładami. Zapachy ziół i olejków, którymi wypełniony był namiot także miały łagodne, rzeźwiące działanie.

- Ojcze - spróbowałem przemówić do Witlicza. - Jak się czujesz ?

- Nie teraz! - Witlicha odpowiedziała szorstko, uprzedzając półprzytomnego ojca. - Naczelnik nie potrzebuje teraz odwiedzin dziesiątków poddanych pytających o zdrowie !

- Ale ja jestem jego synem! - sprzeciwiłem się.

- Dlatego zrobiłam dla ciebie wyjątek i odpowiedziałam na pytanie. Kogoś innego wyrzuciłabym z miejsca! Pierwszy się dowiesz, kiedy Witlicz wydobrzeje na tyle, by móc bez szkody dla zdrowia rozmawiać. Teraz idź!

Wyrzucony z namiotu wyszedłem na powietrze, oglądając, jak wokół opatrywani są pozostali ranni. Szeptunki nie miały sobie równych w sztuce przywracania zdrowia. Opatrywały, ale także wznosiły modlitwy. Ich łagodność i wyczuwalna dobroć łączyły się z widoczną wprawą w uzdrawianiu. Podopieczni szeptunek z łatwością poddawali się ich woli. Same jednak cudzego zniewolenia nie znosiły.

Świetlik, gdy zajrzałem do jego namiotu, leżał w stanie gorszym niż ojciec. Ciało poorane było głębokimi ranami: ciętymi, a także głębokimi pozostałymi po grotach strzał. Także był nieprzytomny i bełkotał w malignie.

- Czy on wyzdrowieje ?

- Jeśli bogowie pozwolą - odpowiedziała czuwający przy Świetliku szeptunka.

Spojrzałem na jej szczerze zatroskane oblicze.

- Przypominasz mi kogoś, kogo znam.

- Miłą ci osobę? - odwzajemniła mi się spojrzeniem pozbawionym emocji.

Potwierdziłem skinieniem głowy.

- Więc myśl o niej - odpowiedziała wracając do opatrywania Świetlika. - I módl się za przyjaciela.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później