Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Zwiad

Poszliśmy na zwiad. Ja, Krokosz i Bażyna - jeden z Rębajców, co na naszą stronę przeszli. Przymykaliśmy się wśród porośniętych krzewami derenia pagórków stanowiących granicę pradoliny.

Pomiędzy polami i osadami krzątali się niczego nieświadomi gospodarze. Napawali się swoim dostatkiem. Lud ten pracował solidnie, lecz nie przemęczał się. Nie musiał. Życie nasycone dostatkiem toczyło się tu leniwym, od pokoleń nie niepokojonym tumultami, rytmem. Słyszeliśmy, jak tutejsi, pykając machorkę, wymieniali zdawkowe uwagi o wydarzeniach na północy. Mówili o nich, jakby działy się w dalekich, nieznanych krajach.

- Co się na tym świecie wyrabia - kręcił głową gospodarz na wiadomości z Włościan. - Niespokojni ludzie teraz, nosi ich po świecie.

- Tak, tak - przytaknął drugi. - To z braku rozwagi. Gdyby pracowali, jak przykazali bogowie: pomału - ziarno do ziarna, kropla do kropli, mniej by nieszczęść było na tym biednym padole.

- Tak, tak - gawędzili tak bez nadzwyczajnego pośpiechu ani zainteresowania. Ot tak, dla zabicia czasu i umilenia przedwieczornych, wolnych chwil.

- Spróbowalibyście na piaskach gospodarzyć - wyszeptał Bażyna. Niby do siebie, ale tak, abyśmy z Krokoszem usłyszeli. - Borykać się z wiatrem, suszą, chorobami i ludzką nienawiścią. Odechciałoby wam się machorki, a zatęsknilibyście za toporem.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później