Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Nie ma cudów

Nagłe zniknięcie obwarowań Stanów, nie była zasługą ani Bielucha ani Żmija ani nawet samych bogów. Nie jesteśmy głupcami, by się rzucać na najeżone śmiertelną bronią umocnienia z prawie gołymi rękami, licząc tylko na przychylność niebios! Takie oszczerstwa tylko Popiołcy na Słowian rzucają. My swój rozum mamy !

Wszystko wodzowie trzymali w tajemnicy (Witlicz nawet przede mną, swoim synem, słowem się nie zdradził), żeby za sprawą ust nieostrożnych lub gorzej - sprzedajnych, wieść o zamierzeniach naszych nie dotarła do wrogiego obozu. Jak zwykle ostatnimi czasy Tasznik wszystko przygotował. Gdyśmy: Krokosz, Bażyna i ja zdawali sprawę z naszej pod Stany wycieczki wychwycił bezbłędnie, co jest najważniejsze dla zrównania szans w boju.

Natychmiast, gdy plan uzgodniono posłał minerów, by w skrytości, wśród zamieszania jakie czyniły tłumy uchodźców, wydrążyć tunele w zboczach warowni. Gdy to już uczynili w środku ułożyli bomby, które Biedrzeniec sam wypełnił węglem drzewnym, saletrą i siarką w sobie tylko znanym stosunku.

Na dany znak minerzy skrzesali iskry i obrócili w perzynę szańce Prawobrzegów. Wielu z nich życiem przypłaciło swoje zwycięskie dzieło, lecz z pamięci naszej zniknąć im nie damy. Dzięki nim stanąłem teraz oko w oko z najemnikiem Prawobrzegów, mogąc w uczciwej, równej walce stawić mu czoła.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później