Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Pierwszy

Kilkoma susami pokonałem resztki niedawnych szańców. Zagradzający mi drogę najemnik próbował ciąć od razu, gdy jeszcze nie zdążyłem pewnie stanąć na nogach. Ostrze jego miecza zatoczyło krąg, przechodząc ledwie o błyśnięcie od moich oczu i nosa.

Mój przeciwnik był zręcznym żołnierzem. Wykorzystał pęd własnego ciosu. Dał się ponieść jego sile i obróciwszy się lekko przykucnął, gotowy do następnego natarcia. Nastąpiło natychmiast. Tym razem zaatakował niskim wypadem na wprost z zamiarem wbicie miecza pod napierśnik, w nieosłonięte żelazem trzewia. Sparowałem uderzenie i odpowiedziałem ciosem od prawej, celując w pozbawiony ochrony tarczy bok Prawobrzega. W ostatnie chwili zdążył się uchylić. O włos tylko chybiłem i mój miecz przeciął ze świstem powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał przeciwnik.

Zatrzymaliśmy się w walce na mgnienie, mierząc jeden drugiego. Jakie mogłem mieć szanse przeciw człowiekowi, co całe życie bitwom poświęcił? Takiemu, co sztukę wojowania zgłębił w polu, a nie bajdurząc przy ognisku. Który we władaniu każdą bronią jest biegły i któremu lęk przed śmiercią jest obcy...

Obaj, z mieczami wyciągniętymi przed siebie ostrożnie stawialiœmy kroki. W przeciwniku i w otoczeniu szukaliśmy wszystkiego, co w zwycięstwie mogło dopomóc. Jeśli któryś niezbyt pewnie nogę postawi, zahaczy o wystający sprzęt lub przeciwnika na chwilę z oczu straci, przegra...

Najemnik, równego mi wzrostu, był bardziej krępy, od razu widać, że silniejszy, chociaż nie kosztem zwinności. Osłonięty żelazem był jak każdy żołnierz: tylko w miejscach na cios najwrażliwszych, tak, by stal ruchów nie krępowała. Miecz trzymał w rękach pewnie. Wodził nim w sposób, który wiele mówił o jego bitewnym doświadczeniu...

Jeśli gdzieś miałem upatrywać nadziei na pomyślny dla siebie wynik potyczki, to właśnie w doświadczeniu Prawobrzega. A raczej w skutkach wielu wojennych przygód, które przeżył. Nie wszystko było w porządku z jego prawą nogą. Kolano nie do końca się zginało, a stopa dziwnie skrzywiona dotykała ziemi. Musiała to być dawna kontuzja, ale ruchy najemnika ograniczała. Nieznacznie.

Wiedziałem już co robić. Wiedza, siła i spryt po jego stronie. Ale mnie, jak dotąd, Dola oszczędziła poważnych ran. Uderzyłem mocno. Prosto w tarczę, nawet nie starając się jej ominąć. Odwzajemnił się tym samym. Wymiana mocnych, choć niegroźnych ciosów trwała dość długo. Gdy tak okładaliśmy się, z pozoru bezmyślnie, starałem się spychać Prawobrzega w miejsca pełne rozrzuconych szczątków. Potykaliśmy się o deski, szczątki szańca, porzuconą broń. Cios po ciosie, krok po kroku grymas bólu promieniującego z niesprawnego kolana wykrzywiał coraz bardziej twarz najemnika.

Wreszcie przeciążone więzadło nie wytrzymało. Najemnik wrzasnął i upadł nie mogąc już dłużej utrzymać się na nogach. Nie czekałem. Nie pastwiłem się nad pokonanym. Nie chełpiłem się swy sprytem. Szybko i bezboleśnie zadałem ostateczny cios. Agonia trwała o wiele krócej niż pojedynek.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później