Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Popioły

Zbudził mnie świdrujący ból głowy. Gdy się podnosiłem dały o sobie znać trzewia, a w wkrótce do chóru udręki dołączyły też mięśnie i kości. Wirowało dogasające ognisko i gramolący się wokół z sennej zapaści towarzysze. Pośród nich także Krokosz. Skwaszona mina młodego żercy wszystko mówiła o jego stanie.

- Czy to był sen? - zapytał, zachrypniętym głosem.

Nie umiałem odpowiedzieć. Może w nocy toczyła się tu wielka bitwa duchów, a może to wywary upiły nasze zmysły. Rozejrzałem się wokół. Poranek smagał nas przenikliwym chłodem rosy wkradającej się pod ubranie. Zbyt słabe słońce nie dawało jeszcze ciepłego wytchnienia.

Pole bitwy roiło się od błąkających się bez celu i świadomości Prawobrzegów. Brodzili po pas w pokrywającej okolicę pierzynie porannych mgieł. W oczach nie mieli życia. Wszystko wokół zdawało się być wyzute z sił i nadziei.

- Czy to Zły wygrał wczorajsze starcie? - spytałem sam siebie.

Ktoś podał mi naczynie z nieświeżą wodą i miskę zimnej, nieokraszonej kaszy. Choć ubogie, jadło smakowało mi jak nigdy. Wszystkie części ciała domagały się posiłku, łapczywie chłonąc każdy kęs.

- Zimowit, Krokosz, do mnie! - zabrzmiał nie wiadomo skąd głos Witlicza. - Szukajcie Biedrzeńca i wszystkich wodzów! Niech się natychmiast stawią w moim namiocie.

Głos naczelnika, jako jedyna chyba rzecz w okolicy, sprawiał wrażenie pewnego i silnego. Ale pełnego niepokoju...


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później