Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Młode pędy

Wszyscy co znaczniejsi, nie tylko wodzowie, podążali za wezwaniem Witlicza. Zmierzali ze wszystkich stron nieporządnego obozowiska rozbitego na zgliszczach Stanów. Każdy w gronie sobie najbliższych niósł własne pytania i rozterki.

Biedrzeniec wiódł ze sobą Krokosza, gromadę starszych i młodszych żerców, duchownych wielkich i pomniejszych bóstw ze wszystkich zakątków Białej Wody. Po raz pierwszy widziałem ich w zwątpieniu.

Czy wywary otwierają nam bramy boskich domostw czy zniewalają nasze głowy omamami? Jeśli to prawda, cośmy nocą widzieli, co tam robił Gniewosz, któregośmy uważali za wroga Słowian? Kim jest Bieluch: sprzymierzeńcem, opiekunem czy stworzeniem przypadkiem przecinającym nasz szlak? Czy Orłan to zjawa? Czy swym szybowanie gdzieś nas prowadzi czy od czegoś nas odwodzi ?

Za Mszarem i Krokoszem podążał bezładny tłum bagien i lasów.

Żyliśmy z tobą w zgodzie, Przyrodo! Czym cię rozgniewaliśmy? Dlaczego nas odtrącasz ?

Witlicha przewodziła szeptunkom, które wynędzniałe od ciężkiej i beznadziejnej przy rannych walce, słaniały się na nogach.

Po cóż i kogoż mamy leczyć, skoro sami bogowie przeciw nam ?

Sławko i Ciernik za sobą mieli gospodarzy, którzy widząc ruinę swych w pocie budowanych zagród pytali:

Jak to się stało, skorośmy rozsądnie gospodarzyli ?

Nurtowcy nie mieli nawet pytań. Czekali, aż im bogowie zmysły zwrócą. Słowianie nie byli już tymi samymi ludźmi co dawniej i nie mieli do tamtych, niedawnych przecież, czasów powrotu.

- To, co przeczuwaliście idąc na to spotkanie jest prawdą - rzeczowo zaczął naczelnik, gdy wszyscy już zajęli miejsca. - Świat, który zostawiliśmy już pochłonęły dzikie kłącza i szpony nienazwanych stworów. Żmij, jak przyobiecał upomniał się o swą dziedzinę. Nie ma już Półwyspu bogatego żywicą, nie ma pachnących ziołami bagien na zachodzie ani zasobnych osad Rybowców na południu. - Ojciec zawiesił głos, czekając, aż dreszcz rozgości się pośród zebranych. - Jeszcze stawiają opór muchomorowym diabłom w lasach Dąbrowców i Bukowców. Jeszcze można bez obaw ziemię uprawiać na lewym i prawym brzegu Dłużnicy, lecz nie łudźmy się. I tutaj wrócą sługi gniewosza. Dadzą nam tyle zaledwie czasu, abyśmy się na wędrówkę przygotowali !

- Dokąd mamy iść? - łamiącym się głosem zapytał Mszar, wygnaniec z bagien. - Gdzie teraz miejsca dla siebie szukać ?

- Czy tam, gdzie pójdziemy zostawią nas bestie w spokoju? - dodał przybity upadkiem ojczyzny Ciernik.

- I czy nasi bogowie za nami podążą... - bardziej do siebie powiedział osowiały Biedrzeniec.

Podobne pytania płynęły z ust wszystkich doświadczonych wodzów, kapłanów i możnych. Wszystkie nosiły piętno znużenia i braku wiary. Wszystkie brzmiały smutkiem i bezsilnością.

- My, starcy - odpowiedział na to Witlicz. - Na wiele się już nie zdamy i w nowym miejscu korzeni nie zapuścimy. Cała nadzieja w młodych, którzy jeszcze wiary i sił nie potracili. Oni zdecydują, dokąd pragną podążyć, a my, rodziciele, wyrąbiemy im do celu drogę mieczem i oczyścimy żertwami.

Wodzowie spojrzeli po swoich synach, córkach i wychowankach. Na mnie wzrok zawiesił Witlicz. Biedrzeniec uważnie lustrował Krokosza... Teraz w dziejach przyszła pora na nasz rozdział !


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później