Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Pięcioro

Obudziłem się wciąż czując brzemię rany, lecz znacznie już bliższy życia. Obok mnie siedział, zdawało się zupełnie zdrowy Świetlik, który wypatrywał uważnie świata wokół. Dalej półleżąc Krokosz poprawiał opatrunek, na poszarpanej kłami lewej ręce. Za wyjątkiem tej rany i on wydawał się być w pełni sił. Gorzej było z Zażynem. Majaczył w gorączce. Walczył ze śmiercichą z całą siłą i odwagą, na jaką było stać żołnierza, lecz wynik tej walki wciąż się ważył. Po przeciwnej stronie Borówka, także bez widocznych ran, chociaż do cna wyczerpana, okrywała kocem twarz ostatniego z druhów.

- Żył jeszcze, gdy nas zabierali - powiedziała, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Przez chwilę milczała z zamkniętymi oczami, polecając bogom i przodkom duszę Bażyny. I ja wstawiłem się za jego duchem. Dzięki niemu nie będę już na Rębajców patrzył tak samo, jak dawniej...

- Coraz więcej ludzi na gościńcu - przerwał w końcu żałobną ciszę Świetlik. - Przygnało i tu uchodźców ze wszystkich stron.

Rzeczywiście. Na drodze pełno było obładowanych tobołkami rodzin, ze wszystkich słowiańskich szczepów Białej Wody. Dokąd podążali? Sami pewnie nie wiedzieli... Byle dalej od żmijowych. Ja rozumiałem chyba jeszcze mniej niż oni. Co tu robimy? Dokąd nas wiozą? Co się właściwie stało ?

- Kto nas od tych bestii uratował? - zapytałem w końcu Świetlika. Mędrak odwrócił się i patrząc na mnie poważnie odpowiedział:

- Popiołcy.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później