Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Do Hradczyna

- Kiedy opadł już pył po gonitwie Popiołców - opowiadał Świetlik - wszystko wokół przykryła cisza. Chat wioski na dole nie opuszczał żaden jęk. Z nielicznych, karłowatych drzewek nie dobiegał najdrobniejszy nawet szczebiot i tak rzadkich tu ptaków. Nawet wiatr, jak się wydawało, opuścił to miejsce i nie poruszał już źdźbłami dojrzałego prosa i orkiszu.

Mędrak przerwał na chwilę, gdy woźnica rugał jakiegoś marudera tarasującego drogę. Coraz więcej najróżniejszej powierzchowności ludzi wypełniało nie tylko gościniec, ale także jego obrzeża i sąsiednie pola.

- Nie widziałam już dla was nadziei - Borówka wróciła do opowieści. - Robiliśmy z Krokoszem co tylko potrafiliśmy, lecz na rany zadane kłami tych... ogaronów nie znaliśmy sposobu...

- Wtedy zjawili się nasi wybawcy - Krokosz spojrzał w stronę woźnicy i jego towarzysza, lecz z jego miny trudno było wywnioskować czy uważa ich za przyjaciół. - Zgodzili się podzielić swoimi najlepszymi ziołami i zabrać do stolicy, gdzie obiecali najlepszą pomoc rannym.

- Ale nie za darmo - odwrócił się towarzysz woźnicy, wyrazem oczu dając do zrozumienia, że przyjdzie nam ten dług spłacić z nawiązką.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później