Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Dzikusy u bram

Wielu niezbyt ostrożnych wywlekły straże w czasie, gdy Rudy wiercił nam uszy ognista przemową. Krzyki rannych, których w nadziei uzdrowienia licznie tu przyprowadzono milkły z każdym słowem. W końcu uciszono także i szalonego starca, chociaż strażnicy byli wobec niego nadzwyczaj łagodni.

Woje Nałęczów wylegli na dziedziniec, zbijając nas w gromady po dziesięciu. Każdemu takiemu zastępowi przydzielono dowódcę. Nikt nas o nic nie pytał. Nikt od nas niczego, poza bezwzględnym posłuszeństwem nie oczekiwał.

- Słuchajcie, psubraty! - ostro zaczął przydzielony nam zastępowy. - Jestem Zieleniec. Wasz dowódca. Wasze imiona ani pochodzenie mnie nie obchodzą. Macie tylko wykonywać moje rozkazy. Jeśli któryś spryciarz spróbuje uciec, albo kryć się w boju osobiście o zabiję! A potem zabiję pozostałych !

Zdarto z nas ubrania oddano w zamian stare szmaty. Zabrano broń i wszelkie rzeczy, które ze sobą mieliśmy. Z kijami zamiast mieczów i siekierami zamiast łuków ruszyliśmy pędzeni kopniakami i wyzwiskami.

Przez tą samą suchą i piekącą pustynię ruszyliśmy na Hradczyn. Nie było litości dla tych co zostawali z tyłu... Następnego dnia, rankiem, nim w głowach przestało nam się kręcić od nagłej zmiany losu, stanęliśmy obdartą armią u bram stolicy.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później