Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Przejście

Podobny swojemu północnemu odpowiednikowi, wał na południu zniewalał swym ogromem. Mimo drobnych, płonących kamieni spadających z nieba i boleśnie nas raniących, mimo nieustannego gradu strzał świszczących ze wszystkich stron i rozlegających się groźnie wokół bojowych zawołań Nałęczów posuwaliśmy szczęśliwie do przodu.

- Tam! - krzyknęła Borówka, gdyśmy czekali na dogodny moment, aby przeskoczyć do kolejnego opuszczonego domostwa. Jej ręka wskazywała bardzo skromną świątynię, która z pewnością nie mogła równać się tymi położonymi przy główny dziedzińcu Hradczyna.

- To prosta kącina - dopowiedział Krokosz. - Dziwne, że w tym całym przepychu nikt jej białym złotem ani żywicą nie przyozdobił.

- Bo nie bóstwom ona służyła - podpowiadało Świetlikowi doświadczenie. - Z wierzchu wygląda, jakby przeznaczona była tylko najpośledniejszym z mieszczan. Ale coś mówi mi, że znajdziemy tam ratunek...

- Chodźmy więc - postanowiłem zaufać przeczuciu mędraka i w dogodnej chwili, żwawym krokiem przebiegliśmy odległość do kolejnej kryjówki. Zrobiło się nieco spokojniej.

Wokół, w jamach, bocznych uliczkach i ruinach kryli się mieszczanie. Nie zwracali uwagi na nas, lecz ze strachem wpatrywali się w kącinę. W oczach przerażonych mieszkańców rysowało się zwątpienie. W świątyni zdawali się widzieć jedyną nadzieję na ucieczkę z umierającej stolicy, a równocześnie śmiertelnie się tego przejścia bali...

- Ostrożnie - ostrzegłem przyjaciół. - Nie wiadomo, co w tym przejściu na nas czeka.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później