Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Rój małych rąk

Już tylko kilka skoków dzieliło pierwszą z rot Popiołców oda naszych stanowisk. Jeśli spojrzeć dalej, w najlepsze trwały harce innych konnych oddziałów, wokół witających ich pikami obronnych kręgów Słowian. Co rusz udane uderzenie pancernych rycerzy rozrywało łańcuch obrońców, by wielu z nich pogrzebać pod kopytami.

Słowianie szybko jednak zapełniali opuszczone miejsca i nie pozwalali się całkowicie pokonać. Spychani ku naszym stanowiskom, gdzie teren był bogatszy, w liche co prawda, ale jednak gęste skalne rozpadliny trwali w walecznym uporze.

Nadchodzą... Jak masz zamiar ich pokonać, ojcze?!

Miałem wtedy może dziesięć, może jedenaście lat. Piękny, niewinny i naiwny był to czas. Piękna była późnowrześniowa jesień, po łaskawej wiośnie i wyjątkowo obfitym lecie. Spichrze pełne ziaren od żyta, po czarny bez, grusze uginające się od owoców, syte i tłuste przydomowe zwierzęta, a wody wokół Półwyspu kotłujące się od bogatych ławic. Radosny to był czas.

Lubiliśmy w te dni, wraz kuzynami i sąsiadami nękać starszych zabawą w "oblężenie". Wiadomo: dorosły silniejszy i zmyślniejszy, sam potrafił zawsze takie stadko urwisów pokonać, nie robiąc im przy tym krzywdy. Nawet mój ojciec, zwykle poważny i myślami w dalekich stronach, dawał się do zabawy czasem wciągnąć.

Raz tylko się zdarzyło, że ojciec z nami przegrał. Na zasadzkę, inaczej niż zwykle, wybraliśmy wnętrze stodoły, zasypane po żniwach to zbożem już wymłóconym, to świeżymi snopami, kosami, sierpami, wózkami i całym mnóstwem innych sprzętów. Pochował się każdy z wyrostków gdzie potrafił. Gdy Witlicz tylko wrota otworzył cała chmara małych ludzi wrzeszcząc dziko poleciała w jego stronę.

Zrazu śmiejąc się pewny wygranej uważał tylko, by odpychając, żadnemu dziecku krzywdy nie zrobić. Ale jak tu się skutecznie od czeredy opędzać, gdy każdy ruch sprzęty powstrzymują? Ani ręki wyprostować, bez siniaka ani obrócić się bez guza gwałtownie nie można. Szamotał się tak zdziwiony, a my mali, zwinni i nieznający lęku powaliliśmy wielkiego wojownika!

Śmialiśmy się z tego przy wieczornym, posiłku, pałaszując tłókno z żurawiną i borowikami. Lekko osolone mięso upolowanych świstunów i pieczone w palenisku jabłka z różanym nadzieniem. Szczęśliwi i zdrowi, z pełnymi brzuchami posnęliśmy w końcu. Tylko ojciec zadumał się nad tą przygodą...


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później