Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Noże

Odrzuciliśmy łuki i miecze. Na nic zdałyby się w tych ciasnych przejściach. Siekiery i topory także w gęstwie skałek i kamieni nie byłyby użyteczne. Wszystko, co ciężkie i nieporęczne: stalowe płyty, pancerze i ciężkie kolczugi - poszło na bok. Uzbrojeni tylko w noże, na ugiętych kolanach zgłębiliśmy się między kamienne występy.

Pierwszy trafił nam się jeździec z wysadzanym czerwoną żywicą napierśnikiem. Pędził bądź to za którymś z naszych druhów, bądź za cieniem, który mu się podejrzany wydał. Kary koń niósł go prosto w naszą stronę. Droga zwężała się tu do zaledwie dwóch, trzech kroków. Skałki wystawały z ziemi, przewyższając najroślejszego mężczyzn. Wdrapaliśmy się na nie. Uważając, by rycerz Popiołców nie spostrzegł nas zbyt wcześnie, wspięliśmy się na dogodną do napaści wysokość.

Czarny pędził co sił, nie zważając na nic. Jego zbroja ukazywała nam coraz liczniejsze szczegóły: to wyryty wokół żywicznych kamieni ozdobny, liliowy motyw, to znów wytłoczony herb z gwiazdą i półksiężycem na czerwonej tarczy. Jak wszyscy Popiołcy, odziany w stal od stóp po zwieńczenie kłąbuszka zdawał się czartem nie do pokonania.

Przyczajeni w koronach kamiennych słupów wyczekaliśmy odpowiedniej chwili. Gdy rycerz już miał minąć nasze stanowiska, Krokosz, Świetlik i ja spadliśmy na niego, chwytając jeszcze w skoku za niezdarne w tej ciasnocie żelazem okute ręce. Zderzenie z rozpędzonym rycerzem było potężne. I bolesne. Wiedzieliśmy jednak, że puścić wroga, znaczy dać mu sposobność wygranej. Wierzchowiec przerażony nagłym zdarzeniem chciał stanąć dęba i zrzucić niechciany ciężar, lecz mu na to ciasnota nie pozwoliła. Stracił równowagę przekoziołkował z rozpędem, boleśnie raniąc boki i grzbiet.

Razem z nim polecieliśmy w czwórkę, co i rusz uderzając o wystające z ziemi wapienie i o siebie nawzajem. Skutecznie uniemożliwialiśmy sobie ruchy. Krokosz z całych sił trzymał jedno ramię rycerza, Świetlik, nie pozwalał oswobodzić się drugiemu. Ja wczepiwszy się w osłaniającą golenie jeźdźca płytę nie pozwalałem mu wstać, choć szamotał się w szale.

Borówka zwinnym ruchem dopadła rycerza chcąc zadać mu śmiertelny cios. Tylko jedna była ku temu sposobność. Kratownica chroniąca oczy miała otwory w sam raz, by przeszło przez nie ostrze. Krzyknęli równocześnie. Borówka ze zgrozy, wbrew sobie zagłębiając nóż głęboko w mózgu Popiołca. Czarny rycerze z cierpienia i szaleństwa, gdy przed śmiercią opuszczały go zmysły.

- ... okrutne... - przez ściśnięte żałością gardło łkała Borówka.

- A co innego mogłaś zrobić? - twardo odpowiedział Świetlik.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później