Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Owoc grzechu

To, cośmy wzięli za zbliżającą się z głębi lasu poczwarę okazało się kolejną falą przerażonych uciekinierów. Lgnęły do nas zwykle skryte borsuki. Obok nich lisy i jenoty. Wydry i kuny. Wszystkie one wyległy na ścieżkę nie bacząc na obce sobie środowisko i zagrożenia otwartej przestrzeni.

Nic im zresztą z powietrza nie zagrażało. Szponiaste drapieżniki pierwsze stąd odleciały. Inne ptaki, rzecz niespotykana, w towarzystwie chroniących się przy ścieżce zwierząt szukały ratunku. Krętogłowy, grubodzioby, muchołówki i wszelkiej maści leśna drobnica nerwowo kiwały głowami w niskich zaroślach nieopodal dróżki.

Nad wszystkim unosiła się zwiewna i pachnąca obłędem półprzezroczysta mgła. Kształty świata, pod wpływem podstępnych grzybowych oparów nie chciały nam już być oparciem. Drzewa w coraz mocniejszym falowaniu kłaniały się drodze. Ich wczesnojesienna, zielonożółta barwa spełzała z liści zdobiąc tak konary i pnie, jak zwierzęta szukające na skraju kniei wybawienia.

Każdy ruch sarniej głowy albo lisiej kity zdawał się pozostawiać jaskrawą, bolesną dla oczu smugę światła. Piekące białe ogniki wybuchały krótkim mgnieniem wszędzie wokół, nie paląc jednak żywym ogniem, a jedynie przyćmiewając co pewien czas otoczenie ostrym błyskiem.

Borówka przykucnęła nie mogąc utrzymać się na nogach. Zachwiali się Krokosz i Świetlik. Mnie również kołysanie we znaki się dało. Na tyle, że miecz wypadł mi z drżącej, osłabionej ręki. Słabość ogarnęła ciała i umysły. Tak nasze, jak otaczającej nas zwierzyny.

Teraz dopiero, gdy wszystko co żywe w słabości na kolana upadło, z głębin gęstniejącego wokół boru miało wyłonić się źródło zamętu. Gromada kruków, wron i kawek hałasujących wśród cieni puszczy przerwała krótką chwilę niespokojnej ciszy. Żerowały. Co rusz, któraś z czarnych sylwetek wznosiła się ponad korony drzew, aby za chwilę, z drapiącym gardło wrzaskiem na powrót wpaść między zieleń.

Coś zaczęło prześwitywać także i w dole, pomiędzy cieniami niższego piętra lasu. Biała czy też bladożółta masa puchnąc oblewała z wolna coraz bliższe pnie. Olbrzymie cielsko pełzło ku nam gładko, jakby potężne dęby, graby i świerki nie były dla niego żadną przeszkodą. Poczwara zbliżała się w milczeniu. Tylko trzaski ustępujących drzew towarzyszyły jej dążeniu.

- Żmij! - z przerażeniem wykrzyknęła zamroczona Borówka. - Przecież mu Witlicz dał pod Hradczynem odpór!

- To nie gniewosz - odrzekł walczący o przytomność umysłu Świetlik. - Ani u niego miedzianej łuski ani oczu ani wężowych ruchów. To coś innego...

Stwór połykał kolejne kęsy drzewostanu, by wkrótce przedstawić się nam w pełni swej bezbożnej postaci. Grzech we własnej osobie...


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później