Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Nadludzie

Nocą długo nie zmrużyliśmy oka. Wyjący wiatr nie przestawał ani na chwilę drążyć w uszach bolesnej i nie do zniesienia jednostajnej pieśni. Także niebo skąpiło nam gestów przyjaźni. Na ziemię zsyłało jedynie tumany mokrego śniegu, wtłaczane do naszej kryjówki porywami wichury. Jeśli nie mróz nas dręczył, to wilgoć. Pełzające po skałach krople roztopionego lodu przesiąkały przez ubrania i mroźnymi igłami męczyły nasze ciała.

Jakby nieprzychylności pogody było mało, północ przywitała nas złowrogimi odgłosami. Jakiś nieznany stwór węszył u wejścia do wnęki. Niepewny widać czy ze zdobyczą czy z zagrożeniem się zetknął to warczał, to popiskiwał niespokojnie kołysząc się na boki.

- Wilki! - straszne słowo przecisnęło się przez ściśnięte strachem gardło Borówki.

-Nie, to nie wilki - odpowiedział Świetlik, nasłuchując odgłosów ze stoku. - Tak wysoko w góry się nie zapuszczają.

- Niedźwiedź? - spróbowałem zgadywać.

- Nie, to coś innego - pokręcił głową Świetlik. - Nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Wyjrzę i sprawdzę...

- Zostań! - rozkazałem przyjacielowi. - Nie dla mędrakowych badań tu jesteśmy. Żywy nam jesteś potrzebny!

Choć korciła go ciekawość, usłuchał i nie wyszedł na zewnątrz. Odgłosy z czasem wtopiły się w jęki rozszalałej burzy, a ta nad ranem ucichła, dając nam krótką chwilę wytchnienia.

Płytki i niespokojny sen przerwało dopiero poranne słońce. Płomienne i potężne wstawało zza ciemnych gór, radując się naszym zwycięstwem nad zwidami i słabością przyzwyczajeń. Tęcza znaczyła drogę przed nami.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później