Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Pierwsze posłuchanie

Pierwszy zawezwany został Krokosz, ten "hryć wyszczekany", jak go umyślny nazwał. Ciepły, choć wietrzny wieczór przerodził się w chłodniejszą już noc. Czekając na powrót przyjaciela skupiliśmy się ciaśniej przy dogasającym ognisku. Tylko para dobywała się z naszych ust. Mówić jakoś woli nie było.

- Zimowit! - głoś posłańca zastał mnie na wpół drzemiącego. - Który to z was?

- Ja.

- Za mną - rozkazał niczego nie tłumacząc.

Poszedłem posłusznie, gdzie kazał. Ciemną ścieżką wiedziony szedłem schodząc w kotlinę, nad którą las gęstszy i dzikszy swe panowanie rozciągał.

Gdy już na dobre oddaliliśmy się do obozu, tuż za mną rozległo się niepokojące wołanie puszczyka. Odwróciłem się w sam raz, by ujrzeć kij kierowany ręką jakiegoś oprycha. Nie zdążyłem zrobić nic. Uderzony potężnie w plecy upadłem na ziemię. Za chwile kolejna fala bólu, tym razem od ud idąca zalała moje ciało. Do oprawcy dołączył jeszcze jeden. Razy spadały na mnie tak gęsto, że nie nadążałem osłaniać się przed ciosami. Kije oprychów i cep, który niespiesznie wyciągnął prowadzący mnie strażnik, nie zostawiły na moim ciele ani kawałka zdrowej tkanki. Już byłem bliski utraty zmysłów i na śmierć się gotowałem, gdy oprawcy przestali się znęcać nade mną.

- A teraz do sotnyka - umyślny sapał zmęczony biciem. - Zobaczymy z jakiej gliny jesteś ulepiony.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później