Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Krety

Spod nóg wystrzeliły tumany liści, grubą już o tej porze roku warstwą przykrywających leśne runo. W górę poleciał mech z grzybniami i korzonkami najprzeróżniejszych gatunków. Kryjące się zwykle pośród gnijących resztek stworzenia, wyrwane ze swych bezpiecznych schronień oblepiły nas szukającą najciemniejszych zakamarków, lepką warstwą. Gdy już brązowo-zielona pstrokacizna najniższego piętra lasu opadła na ziemię, lecz nim jeszcze ktokolwiek z czerwonych zdążył choćby krzyknąć, ziemia wypluła z trzewi kolejne pociski.

Potężne czarne sylwetki, z włosami w kołtuny pozlepianymi tłustą glebą wyskoczyły na powierzchnię w samym środku obronnego kręgu czoty. Ich wściekły ryki bardziej niż pioruny trwogą polanę zalewały.

Dębowe tarcze czerwonych zwróciły się ku napastnikom, lecz nie dość szybko. Wielu nie zdążyło się twarzą do wroga obrócić. Uderzani bezlitośnie obuchami padali bez przytomności. Drugi rząd wojów lepiej się do starcia ustawił. Ktoś zdążył toporem cios sparować, ktoś zdołał tarczą się osłonić. Ten i ów próbował nawet na ciosy uderzeniami odpowiadać.

Impet i zaskoczenie ciągle jednak sprzymierzeńcami były czarnych poczwar. Jeden po drugim żołnierze sotni padali pod deszczem razów. Ci, którym Dola oszczędziła śmiertelnych trafień gorszy jeszcze los spotkał. Zaskoczeni i osaczeni popadli we władzę przerażenia. Nie ma gorszej dla żołnierza rany, niż jątrzący się strach. Tych, którzy rzucili się do szaleńczej ucieczki czarne upiory nawet nie ścigały widząc, że więcej niż martwi się stali.

W końcu ostatni ze strażników padł głucho z rozłupaną czaszką pozostawiając nas skrępowanych na pastwę zbliżających się z wolna czarnych poczwar.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później