Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Po myślach

- Czy w swej wędrówce natknęliście się na Lisa Drobniaka?

Nie odpowiedziałem. Nie miałem powodu, żeby otwierać się przed nieznajomym. Twarz Gintara schowana była za bujnym, czarnym zarostem brody i wąsów. Że nosi w sobie tajemnicę, widać było z daleka. A może chciał tylko tak wyglądać? Gdyby ktoś prostoduszny miał zgadywać czym się ów człowiek trudni, bez wahania nazwałby go szpiegiem. Gdyby jednak na Gintara spojrzał ktoś obeznany z ciemnymi sprawkami tego świata, bez wahania zaśmiałby się widząc, jak pod żadnym pozorem szpieg nie powinien wyglądać.

- Obawiasz się szczerze mówić - pokiwał głową. - Rozumiem to. Mam jednak podstawy sądzić, że Lisów poznałeś. A skoro dotarliście do Makiwki znaczy to, że Drobniak dobrze was ocenił. Jeśli tak, usłyszałeś od nich zapewne coś o stosunkach w tym zakątku świata. Sam zresztą, napotykając tych i owych zdążyłeś już sobie własny pogląd na nie wyrobić. Cokolwiek myślisz o mnie pozostaw na boku. Wsłuchaj się w to, co mam tobie do przekazania. Przemyśl wszystko. Jeśli nie doszukasz się w opowieści kłamstwa, niech będzie to znak, że i ja jestem godny zaufania.

Może wygląd miał lichy, ale mówił w sposób właściwy mężom mądrym i kształconym. I to nie byle jak kształconym! Ze znanych mi ludzi tylko ojciec i Biedrzeniec tak językiem władali.

- Twojego ojca spotkałem dawno temu, gdy obaj jeszcze bardzo młodzi byliśmy. Witlicza, mnie i jeszcze paru innych los zetknął u celu waszej dzisiejszej wędrówki. W Grodnicy. Wszyscy byliśmy synami naczelników i wodzów. Z Roli Północnej i Południowej, z Wyszowego Lasu, z kraju Czarnych Ludów, no i znad Białej Wody. Przysłani na nauki do jednego z nielicznych ocalałych po napaści Szerszeni grodów. Do jedynego tak naprawdę, który otwarty pozostał dla synów "dzikich plemion".

- Tak się akurat złożyło, że sami synowie wodzów się spotkali? - zakpiłem.

- Tak się zawsze składa, że ludzie szukają druhów wśród podobnych sobie - odparł niewzruszony. - Wokół siebie się rozejrzyj. Nie spostrzegłem prostych smerdów ani tępych zbójów między twoimi przyjaciółmi.

Cięta odpowiedź! Niby prawda powszechnie znana, a skruszyła nieco zbroję mej nieufności.

- Nie tylko dobre pochodzenie zresztą nas łączyło - dodał Gintar - ale i niezgoda na stan rzeczy, jaki nasze kraje do dzisiejszej ruiny miał doprowadzić. Może to za sprawą szczeniackiej przewrotności, a może... zgorzkniałej przewrotności naszych ojców. Często w gospodzie długo i kłótliwie nad stanem świata rozprawialiśmy. Czasem też - uśmiechnął się do nieokrzesanych wspomnień - nie przeczę, tylko upijaliśmy się, w towarzystwie przychylnych dziewcząt. Młodość ani stałości ani niezłomności nie sprzyja!

Tu mógłbym co innego rzec, lecz gdy przypomniałem sobie z pozoru poważnych Krokosza i Świetlika, jak się czarowi niewiast w Ujściu poddali musiałem rację przyznać osądowi Gintara.

- Wśród tego przyszkolnego zgiełku dojrzewała nie tylko nasza przyjaźń, ale też i myśl, że społem możemy bieg rzeczy w milsze naszym ludom koryto skierować... Czas rzecz jasna te szczytne zamierzenia w większości w pył zamienił. Gdy powracali do swych dobrych domów, przyjaciele nasi w tytułach i urzędach pogubili dawne karczmiane przysięgi. Ale kilku nie chciało, bądź nie umiało płynąć leniwie z nurtem, tylko brzuchy pasąc.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później