Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Po słowach

Czas litościwie nie chciał zbyt szybko płynąć, pozwalając Gintarowi wszystkie konieczne słowa mi przekazać. Widocznie także za ważne to spotkanie uznał...

- Nieliczni spośród nas pozostali marzycielami - mówił zapatrzony w dal. - Mimo wyznaczonej urodzeniem beztroskiej drogi przez życie, chcieli świata bezwład powstrzymać. Wielu niestety w objęcia trujących słów popadło. Także i ja.

Coś słabym, zimnym światłem zabłysło w źrenicach Gintara. Niełatwo dostrzec w oczach bliźniego prawdziwe cierpienie. Niełatwo je okazać, jeśli ktoś latami skrywał je głęboko. Udawać takiej męki, żaden człowiek by nie umiał.

- Po naukach wróciłem do swego domu, do Makiwki. Wyszowy Las już zaczynał od szaleństw pogody, dokazujących biesów i społecznych niepokojów cierpieć. Coraz więcej braci i sióstr popadało w nędzę i choroby. Ani modlitwą ani rozumem nie umieliśmy Złego wygnać. Sotnie, które między nami mieszkały, dotąd szlachetnie z Popiołcami o dawne prawa Słowian walczące, stały się ciężarem nie do zniesienia. Tracili w lesie oparcie. Bojowcy sami głodu nie czując oskarżali lud o niewdzięczność. Dziwaczeli. Zaczęły po ich głowach wyrodne myśli się utrwalać. Tak narodziła się Czerwona Sotnia. Co głosi to już wiesz. Chcą sposób urządzenia świata od Popiołców przejąć, tyle, że ze sobą w jego ośrodku. Wymyślali bajędy, że mieszkańcy Wyszowego Lasu wywyższeni, że więcej im od sąsiadów się należy. Brakuje jadła? Trzeba je więc sąsiednim krajom przemocą odebrać! Należy się! Widząc, że postępki Czerwonej Sotni sytość przynoszą zaczęli prości ludzie jej bezwzględnie ufać. Szeregi oddziałów pęczniały i coraz dalej w łupieżczych wyprawach czoty się posuwały. Rosła zamożność i potęga Makiwki. Tak dalece, że co bliższe ziemie, dotąd łupione zaczęli w granice swego państwa przyjmować i na wzór Popiołców dopłatami je wspomagać.

Słuchałem uważnie, szukając choćby śladów kłamstwa, lecz obraz, który się z opowieści Gintara wyłaniał nie zdradzał, że ręką Złego malowany.

- I ja, głupi młokos łatwo uwierzyłem, że jako Słowianin większe mam od innych prawa. Z zapałem zacząłem Czerwoną Sotnię wspomagać. Uczony byłem i oddany, więc się wspiąłem wysoko wśród dowódców. Gdy dojrzałem, popędliwość i łatwowierność żółtodzioba ustąpiła miejsca trzeźwemu rozumowi. Bogowie pozwolili mi szlachetność w sobie zachować, dostrzegłem więc zło, które sotnie opętało. Było już jednak dla mnie za późno. Uwikłany w swe miejsce, musiałem jak robak bezwolny kroczyć ku najwyższym wśród czerwonych zaszczytom.

- Jeśli na oczy przejrzałeś - pytałem szczerze zdziwiony - dlaczego nie zbiegłeś, albo powstania nie wznieciłeś? Każdy przecież wolny w swych postępkach!

- Wolny?! - Gintar spróbował parsknąć śmiechem. - Przekonasz się, gdy żona twoja i gromadka dzieci bezpieczeństwa i sytości żądać od ciebie będą. - Tylko na chwilę przerwał, po czym jego głos odezwał się ponownie. - Gdy pojawili się Biali, nie wiadomo skąd, nie wiadomo za czyim poduszczeniem, Naczelny Wiec Czerwonej Sotni zdecydował wysłać do białych wywiadowcę. I oto jestem. Niby jeden z Białych, niby szpieg Czerwonych, z przekonania i woli Słowianin zagubiony...


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później