Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Miasto

Gród to czasem wielkie i gwarne skupisko, ale tylko chwilowe. Od ludzi puchnie na targ, na wiec, albo na ofiarne święto. Nie przytłacza i nie pochłania do końca. Zawsze, gdzieś między chatami przebija się otwarta przestrzeń pól, albo czubki drzew okalającego lasu, do których prędzej czy później się wróci.

Miasto to twór, który rósł i rósł, aż wreszcie przekroczył pewną granicę i wokół się przestał rozglądać. Coś się w ośrodku tego skupiska narodziło. Jakieś nieokreślone miejsce, wokół którego toczy się całe życie tej gęstwy. Coś, co choć nieuchwytne i nieopisane przyciąga silniej, niż cała piękna przyroda ze skarbami gór i szczodrością żyznych mórz.

Nam, chowanym pośród drobnych osad wieśniakom ta szaleńcza bieganina i zgiełk jawiły się jako trąba powietrzna, co bez wyjątku wszystko porywa, bez litości obraca, aż znudziwszy się wypluwa gdzie bądź. Popychani i poszturchiwani przez tłum patrzyliśmy na ten nieustanny ruch oszołomieni, nieświadomie cofając się, aż za plecami poczuliśmy bezpieczny wielki mur Grodnicy. Nie będzie sposobności, aby opuścić to miejsce cało...

- Wy jesteście Pełka i Zimowit? - z ludzkiej rzeki przed nami rwącej wyłonili się dwaj mężczyźni. Spojrzeli na nas i widać starczyło to, by ocenić z kim im przystawać przyjdzie. - Z innej bajki jesteście, to widać od razu. Trudno, jakoś was przeciągniemy do współczesnych dziejów. Z naszą pomocą raz dwa dzikie szaty zrzucicie.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później