Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Nie wszystek umarł

Izba zamarła, czekając z oddechem na Chociana. Gospodarz otoczony przez najbliższych i służbę długo nie dawał znaku życia, aż wszyscy już prawie pogodzili się, że to jego koniec. Gdy się ta myśl już w głowach na dobre rozgościła, dogoniła ją następna. Równie niemiła.

- To jasne, że ci zatwardziali i wyniośli możni nie chcieli tego sojuszu, bo pogardzają nami! - roiło się w głowach Słowian z Roli.

- To jasne, ze te dzikusy za słabe, by się podszeptom Popiołców oprzeć. Na usługach Szerszeni te przybłędy! - zdawało się Słowianom z Miasta.

Cisza wciąż niby taka sama, a jednak złowrogo wzbierająca nienawiścią. Trucizna nie tylko kielich Chociana, ale i przestrzeń między stołami wypełniła. Nikt się niby nie poruszał, nikt słowem jeszcze nie odezwał, ale już niejedna głowa się do bitki szykowała. Już niejeden w myślach krzesło kopał, by sobie miejsce na zamach zrobić. Już losy tego spotkania i całego świata za tym, w jedną stronę mogły się tylko potoczyć...

- Stójcie! - słaby głos stanął na drodze nieuniknionemu. Chocian! Jednak żyje! Otoczony troską rodziny, chroniony przez wierne straże i zmuszany bezwzględnie przez uzdrowiciela, by pozbył się z trzewi wszystkiego, co tam jeszcze zalegało.

- Widzicie! - rzekł ciężko, gdy mu już odpocząć dano. - Niektórzy mówią, że zbyt wiele czasu na zbytki trawiłem... Ale gdybym się na smaku szlachetnym tak dobrze nie poznał, miałbym w sobie o tyle trucizny więcej, że z góry na waszą klęskę bym teraz spoglądał!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później