Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Wzrok lodowaty

- Że Chocian żyje, piękny to dar od bogów! - krzyknął ktoś z możnych. - Sprawy to jednak nie zamyka. Ktoś truciznę tu wniósł przecież!

Wrogość, co przygasła na chwilę zaraz wróciła między biesiadników. Chocian truciznę pokonał, ale towarzystwo ciągle pod jej wpływem...

- Wyświetleniem tego my już się zajmiemy - odezwał się znajomy głos. - Panowie tymczasem usiądźcie sobie wygodnie, bo nikt tych pomieszczeń nie opuści, nim z nami nie porozmawia. Przed każdym wyjściem ludzie Służby tego pilnować będą.

Opiekun Sambor! Z miną srogą, na czele niewielkiego, ale budzącego grozę oddziału przestąpił progi izby. Ludzi, którzy zanim weszli w ciemnej ulicy nikt by spotkać nie chciał. Od wejścia już widać było, że nieskłonni do żartów ani towarzyskich uprzejmości. Nie zamierzali zważać na tytuły ani przywileje. Tylko rozkaz Służby ich umysłami władał.

Sambor niespiesznie przechadzał się po izbie, a komu w oczy spojrzał tego strach ogarniał. Przed kim się zatrzymał, temu całe życie przed oczami przelatywało. Wszyscy tutejsi wiedzieli: jeśli Opiekun kogo oskarżeniem przyciśnie, przyzna się nieszczęśnik, choćby i najniewinniejszym był pod słońcem.

Na chwilę tylko chmury z czoła Sambora ustąpiły, gdy szeptem kilka słów z uzdrowicielem wymienił. Kiwnął głową przyzwalając, aby krewni i służba Chocianem się w osobistych pomieszczeniach na piętrze zajęli.

- Przyjdzie nam tu czas jakiś spędzić razem - odezwał się Sambor, gdy gospodarza już ostrożnie na piętrze ulokowano. - Niech więc panowie Świętosław i Głowacz dokończą wykłady. Może przypomnienie naszej drogi tak panów posłów, jak panów możnych pokorą napełni. Przyda się ta cnota, kiedy w cztery oczy z każdym z was porozmawiam.

Straszne i lodowate były jego oczy, bardziej nawet, niż mroźna wichura za oknami.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później