Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Gdzie swoi?

Oparłem się o wystający konar, by nie upaść doszczętnie wraz z wiarą. W jednym, podobnym spadającej gwieździe oślepiającym błysku zgasła cała nadzieja. Rozum pogrążył się w mroku i odmawiał pomocy.

- Stój tak i płacz, Zimowicie! - powiedziałem sam do siebie, zupełnie nie wiedząc co dalej.

Głowa i serce domagały się otuchy. Oczy omiatały więc posłusznie pole upadku, chciwie poszukując wśród bezładu walk najmniejszych wysp prawości. Nic z tego. Wszędzie tylko żółty pył w grzesznych obłokach i czerń dzika na dole...

- Jest! - krew przyspieszyła biegu. Z nową siłą zasiliła ciało, które odnalazło ślad pożywki dla nadziei.

Wezbranemu morzu nieskładnych, napędzanych rozjuszeniem starć opierała się jedna wyspa. Wyspa spora i nie byle jaka, bo otoczona niewzruszonym czworobokiem wojów. Wewnątrz tej warowni stały ostatnie już chyba wozy z zapasami, a wokół czujnie wypatrywały wyłomów w obronie znajome twarze.

Witlicha! Mszar! Ciernik!

Wszyscy przyjaciele tu byli. Jedni ostatnich zapasów doglądali, inni próbowali jeszcze w rozpaczy tłum oszalały do posłuchu przywrócić. Tasznik, Witlicz, Biedrzeniec i inni jeszcze wodzowie wraz ze swymi podwładnymi od utarczki do utarczki biegali, lecz na próżno. Gdzie za sprawą ich sławy żar nienawiści przygasł, tam wybuchał ze zdwojoną siłą, gdy tylko inne miejsca biegli ratować. To nie to, co twarzą w twarz do bitwy z wrogiem stawać...

- Taszniku! - zawołałem przyjaciela z dzieciństwa, gdy się w pobliżu pojawił. Zauważył mnie i o mało życiem tego nie przypłacił, gdy obuch mu przeznaczony wziął na siebie jego przyboczny. Niezrażony wydał zastępcom rozkazy, po czym oddalił się z bitwy. I ja pobiegłem na spotkanie.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później