Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Czai się śmierć

"Cudaki zza Zawoi" zadrżeli, gdy tam gdzie się spodziewali ostatniego z wysłanych na zachodnie skrzydło Szerszeni oddziału, zastali tylko dymiące resztką żaru ogniska.

- Popiołcy przejrzeli nas! - zadrżeli znów, gdy zobaczyli, że ściana lasu wrogo na nich spogląda, za chwilę pewnie ruszy z zasadzki i uśmierci. Nic się jednak w lesie nie poruszyło, choć wrogość czuło się niezmiennie, a z każdym krokiem bliżej drzew nienawiść boru pęczniała.

- Coś się tam świeci w głębi! - krzyknął ktoś.

Coś rzeczywiście na mchu, między wystającymi korzeniami się świeciło. Bielało. Aż się włos na głowie jeżył, jak dokładnie ciała pozbawione, setki tysięcy kości i tysiące czaszek potrafią błyszczeć! Tyle po Popiołcach zostało, a las nie gasł w nienasyceniu i wołał jeszcze!

- Nie przekraczajcie krawędzi boru!

Teraz dopiero dostrzegli "Cudaki zza Zawoi", w jakim stanie były drzewa. Liście marniejące, poskręcane, jeśli jeszcze się gdzieś na drzewach utrzymywały. Kora odchodząca i sucha, żywicy prawie zupełnie pnie pozbawione. Niewiele żywego i niżej pozostało, wszystko dokładnie szrotówek ogołocił!

- Coraz ohydniejsze kształty bunt przyrody przybiera! Gniewosz, Królowa, a teraz to!

- Jedno dobre, że przynajmniej nas nie dostanie, jeśli do lasu nie wkroczymy.

- Spieszmy więc na wschód. Tam już główna bitwa gore!




gdańsk przewodnik Słowiańska Potrzeba




Na lewym skrzydle Gładysz z Ochojnikiem byli gotowi. Zebrali wszystkie siły, jakie mieli do zebrania. Napełnili ochotą do walki i wiarą tak wielką, jaką tylko dusza człowieka poczciwego może pomieścić. Każdemu zamiary swoje i rozkazy do głowy po trzykroć wbili. Zrobili wszystko, co wodzowie mogli zrobić i czekali tam, gdzie uprzednio. Czekali, aż się na nich po raz wtóry Szerszenie rzucą. Siłą po dziesięciokroć większą niż za pierwszym razem.




Wody ujścia zakipiały od starcia. Setki tysięcy nóg spieniało nurt rzeki, rozbryzgując kopniakami wodę i wzniecając setki wirów. Mimo, że ciemne niebo nie ociekało deszczem wojowie zamokli do głów.

Wojowie Szerszeni jeden po drugim pchali się na umocnione stanowiska ludzi Smaglca i gineli. Ginęli, bo jak wódz Doliny Pszenicznej przewidział, zbyt grząski grunt pętał, by mogli się swobodnie walce oddać.

Nieliczne były stanowiska Dolny Pszenicznej, więc je zaczęły czarne roje otaczać. To tu to tam próbowali obrońców ugryźć, lecz ciągle niepewnym gruntem spowalniani nie dość byli szybcy, a ich ciosy nie dość moce. Jeden po drugim oddawali ostatnie tchnienie, a słowiańskie wojska trwały niewzruszenie na polu boju.

Na coś jednak ciała Szerszeni upadłych między wody ujścia się ich towarzyszom przydały. Gdy ich coraz więcej i węcej u stóp słowiańskich wysp leżało, to i Szerszeniom łatwiej, choć niegodnie, po zwłokach braci było się do ludzi Smaglca dostać.

Coraz częściej włócznie dosięgały tarcz obrońców. Coraz częściej między tarcze się wbijały i coraz częściej dotkliwie nielicznych Słowian raniły. Ten i ów padał zostawiając w szeregach wyrwę otwartą. Niezliczone gromady Szerszeni natychmiast pchały się w to miejsce nie dają Słowianom sposobności, by przerwę w obronie załatać. Kim zresztą mieli wyłomy uzupełniać, skoro ledwie pięć tysięcy wojów Doliny Pszenicznej do bitwy stanęło? Skąd nadziei mieli wypatrywać, skoro w zasięgu wzroku żadnych przyjaznych wojsk nie było?

Ginęli jeden po drugim, niemal do ostatniej wyspy oporu. Gdy jakiś oszczep dostał Smaglca już większość stanowisk upadła. Wódz drużyny Doliny Pszenicznej upadał świadomy, ze nie tylko śmierć przepuszcza.

Przed Szerszeniami stała droga do Roli Południowej, której nikt już nie zastępował.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później