Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Starosklawowie

W dole, u stóp trzech wzgórz i na ich skrzydłach, bitwa wrzała w najlepsze ciskając w nas obrazami najgorszych zbrodni przeciw czci. Wśród niesłabnącej ulewy przecinanej grzmotami i piorunami co chwilę ktoś tracił zmysły, oddając się w niewolę to strachowi, to wściekłości zwierzęcej. Na chwilę jednak było nam dane zapomnieć o tej ogólnej przerazie. Gość, który nas nawiedził niósł ze sobą wielką zagadkę. Groźbę? Nadzieję?

Posłaniec "cudaków" był niewysoki. W kształtach dość pulchny, a na twarzy można powiedzieć nawet nalany. Podobnie jak większość z nas miał włosy płowe. Tyle, że dłuższe i równo wokół głowy obcięte. Tak samo płowe miał długie i gęste wąsy. Jego ubiór niełatwo było ocenić. Niby niczego nie brakowało: porządnie pozszywana koszula, portki i łapcie z kory mocno się trzymające. Wszystko to jednak jakieś proste, starodawne i zupełnie bez dbałości o wygląd.

Nie miał przy sobie nasiekańca, którym tak skutecznie jego współplemieńcy okładali Popiołców i Kamieniarzy, a jedynie prosty nóż. I widać było po ostrzu tej broni dwie rzeczy. Po pierwsze: z żelaza lichego, z najprostszej przydomowej dymarki był wykonany. Po drugie: cały pokryty był czerwonym nalotem. Nie tylko zwykła rdza to była, ale też dowód, że często i chętnie się ta broń w morzu krwi wrogiej ostatnio kąpała.

- Witaj, przyjacielu! - naczelnik Rogowiec, jako gospodarz tej ziemi wyszedł naprzeciw posłańcowi. Za nim podążył mój ojciec, za Witliczem wodzowie, a za nimi w krok opiekunowie z Grodnicy szczególnie gościa ciekawi.

- Powitać - odrzekł posłaniec nieszczególnie wylewnie. Stanął po prostu, jakby nikogo wokół nie było ani żadnej sprawy do omówienia.

- Ehem - kaszlnął młody naczelnik Rogowiec, zmieszany dziwnym zachowaniem. - Dziękujemy za pomoc w bitwie tobie i twojemu ludowi. Czy możemy uważać was za przyjaciół?

- Jesteśmy, żeby Czarnych przegnać - oczy posłańca nie błyszczały zrozumieniem. Mówił po prostu, co miał do powiedzenia. - Za dużo nam w szkodę włażą. Bardziej niż wy, Rolnicy. I nawet bardziej niż wy, miastowe opiekuny.

- Rozumiem... - niepewnie pokiwał głową Rogowiec borykając się z niełatwą rozmową i z poruszeniem, które słowa posłańca wywołały wśród zebranych. - My także gorąco pragniemy Czarnych przegnać. Cze zechcecie zwalczać najeźdźców idąc z nami w ramię?

- Tak. Będziemy razem Czarnych bić, póki się nie wyniosą. Potem do siebie wrócimy.

- Radość to dla nas wielka - rzekł Rogowiec z ulgą, po czym gadatliwością zaczął zastępować milczenie gościa. - Nie jesteście zanadto wylewni, ale w imię przyjaźni szanujemy to i rozpytywać was wbrew woli nie będziemy. Jednak zwyczaj nakazuje siebie i lud swój przedstawić. Ja jestem naczelnik Rogowiec z Roli Północnej. Oto nasz sojusznik, Naczelnik Witlicz, który przywiódł Słowian Białej Wody. Dalej nasi wodzowie po kolei...

Rogowiec przedstawiał całe towarzystwo: i obecnych, i tych, co w ogniu walki byli pogrążeni. Ich przywileje wymieniał i pokrótce dzieje ich opisywał. Miało się jednak wrażenie, że do gościa dociera tylko niewielka cząstka słów Rogowca. Jakby większości nie rozumiał. Nie przez głupotę czy niechęć. Wiele ze spraw, o których mówił naczelnik Roli Północnej nie było po prostu częścią świata, z którego gość przybył.

- Jestem Boz, albo Bosy czasem mówią - odrzekł w końcu gość. - Sam jestem na czele gromady. Byli u nas ugoszczeni i Titmir, i Jordanisław, i Ibrachimininjakub. Oni przezwali nas "Starosklawowie". I wy tak możecie wołać.

Dziwny człowiek, dziwne słowa...


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później