Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Co to jest prawda

Co to jest prawda? Mędracy się tym gryzą od kiedy zostali mędrakami. Żercy zawsze prawdy daleko i wysoko szukali, jakby przez bogów nie namaszczona sama istnieć nie mogła. Prawda... Każdy ma swoją do niej drogę, nawet jeśli nieszczególnie mądry, albo nie bardzo duchem bogaty. Czasem czuje się ją jakimś zmysłem nieopisanym. Są takie w życiu zdarzenia, że nikt podstępu nie węszy, nikt bocznych ścieżek ani odbitego światła nie szuka. Wie się po prostu, że prawda na wprost.

- Idziemy! - zadecydował Witlicz, a z jego rozkazem znikły wątpliwości druhów wokół. Pozostawiliśmy nasze oddziały i ruszyliśmy w górę.

Wzdłuż murów biegła łagodnie wznosząca się dróżka wiodąca do głównej bramy. Łatwo i pewnie by nas mogli obrońcy dosięgnąć, wypuszczając strzały z licznych dogodnych temu stanowisk. Nikt jednak na nasze życie nie czyhał. Nawet ruch żaden nie zdradzał, ze twierdza pełna wojska.

To tutaj Szeli i jego wspólnikom się zdawało, że coś wskórać może i tutaj mu te złudzenia szybko zagaszono i zamieniono na męki. Nawet ślad już nie pozostał po tym starciu. Dokładnie podejście do warowni wysprzątano.

Stanęliśmy u wrót. Potężnych, dębowych, przeplatanych żelaznymi sztabami, spojonych gęsto oblekającą wszystko żywicą. Grube i dobrze w zawiasach posadowione. Gdyby nam przyszło zdobywać Śnieżnik, to już łatwiej by było chyba mury skruszyć, niż potęgę tych wrót przełamać.

Potężnej bramie, zaledwie kilkadziesiąt kroków w bok, towarzyszyła mała furtka. Wiodła do niej wąska, znacznie mniej wygodna i ograniczona od zewnętrznej stromym, skalistym urwiskiem ścieżka.

gdańsk przewodnik Słowiańska Potrzeba

- Tędy! - z jej to właśnie strony przywołał nas głos Przewodnik Starzyka.

Furtka uchylona, a my gęsiego ku niej. Kij by wystarczyło wystawić z któregoś z licznych strzelniczych otworów po drodze, dobrze nim popracować i wszyscy byśmy w przepaść pospadali. I tym razem jednak nic się nie stało. Spokój. Gdyby chcieli nas zabić, już by to zrobili.

Uchylone skrzydło furty przepuściło nas wszystkich, ukazując ogrom pierwszego poziomu twierdzy. Naprawdę ogrom! Jak okiem sięgnąć potężne, choć tu i ówdzie wyszczerbione mury. Wieżyczki obronne i strażnice co sto kroków, choć niektóre już tylko u podstaw porządnie się murów trzymające. Ściany spękane, choć wciąż nie do zdobycia. Wewnątrz dziesiątki zabudowań, dziś opustoszałych w większości i w opłakanym stanie, dawniej służących za zbrojownie, stajnie, noclegownie, kuźnie i niezliczone zasobnie. A wyżej szczerbiły się jeszcze potężniejsze mury drugiego poziomu. A nad drugim jeszcze górował wtłaczający w serce bojaźń, jakby z litej skały wykuty cień zamku wysokiego. Jak ta twierdza musiała wyglądać w czasach świetności!

- Piękne założenie, prawda? - Przewodnik Starzyk w końcu wyszedł nam naprzeciw. - Szkoda, że w ruinę popada i za parę pokoleń ślad po nim w gruzach zaginie. No, ale nie czas budowli żałować, kiedy ludzkie stado wyginąć może. Wejdźcie, drodzy goście!

W półokręgu stanęliśmy: Witlicz, obok ojca ja, Zimowit. Dalej Biedrzeniec, Rogowiec, pan Bosy i Sambor na końcu. Naprzeciw nas Przewodnik Starzyk, lecz inny niż go zapamiętałem. Nie dziad, nie włóczęga, lecz rycerz w zbroi lśniącej, że aż trudno było pełnym słońcu patrzeć.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później