Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Kołdra za krótka

Wiele dróg na zachód udało się zagrodzić głazami, wiele przejść kamiennymi lawinami zawalono, lecz wciąż Brama Kruka całe mnóstwo ścieżek pozostawiała dostępnych. Czasu by je obsadzić i uczynić dogodnymi obronie było niewiele. A wróg coraz bliżej.

- Przed nami kraina Romantów, dawny matecznik potężnego ludu, który przed Słowianami władał światem. Dziś żyją tu jeszcze zapewne ich potomkowie, lecz w wielkim rozproszeniu, ukryci po lasach i skalnych wyłomach. Tak przynajmniej w Grodnicy utrzymują... - Gintar spojrzał na opiekunów, czy aby czegoś w ich oczach jeszcze nie wyczyta, lecz ci tylko kiwnęli głowami. Nie dla rad ich tu przysłano, lecz by ludy nierozwinięte przypilnować.

- Żyją tam ciągle, choć są cieniem dawnej potęgi- przytaknął naczelnikowi Łemko. - Czasem się z nimi w kupieckie stosunki weszło. To porządni ludzie.

- To właśnie przez ich ziemie ciągnie wróg. Jak donoszą czujni, przemyślanym sposobem zajmują ruiny starych twierdz i niedługo przed nami staną. Zamiar mają jeden, taki mniej więcej, jak ich pobratymcy z północy. Drogami do Roli zawładnąć, a samą Rolę spustoszyć, ludzi wymordować, aby reszki rozwiniętego świata od zaplecza odciąć. Wtedy los Ziemi będzie już przesądzony, bo głód miast oręża łatwo Grodnicę i Stargard udusi.

Opiekunowie po raz kolejny przytaknęli. Takich słów od Gintara oczekiwali i taką prawdę chcieli wśród nierozwiniętych upowszechniać. Nie było w tym kłamstw, Gintar i inni wodzowie wiedzieli dobrze. Po prostu przed Słowianami i ich sojusznikami nie chciano wszystkiego odsłaniać. Nikt nikomu nie ufał zupełnie...

- Skoro taki ich zamiar, trzeba pomyśleć, jak najskuteczniej go zniweczyć - ciągnął Gintar rysując przed zebranymi przedstawienie stanu rzeczy. - Zrobimy w ten sposób.

gdańsk przewodnik Wyszyna

- Sporo dróg udało się zabezpieczyć, lecz i tak cały ten górski łańcuch podziurawiony przejściami, jak zimowe leże rosomaka. Zbyt mało mamy wojsk, aby wszystkie dziury pozatykać, na to nic się już nie poradzi. Trzeba siłami najlepiej zarządzać, zasoby mądrze porozdzielać i nade wszystko wystrzegać się błędów w dowodzeniu, bo po prostu nie ma na nie miejsca! Ufać sobie także musimy bezgranicznie. Jeden wyłom i po nas!

- Jakie nam odcinki przydzielisz?

- Najtrudniejszy teren wokół samej twierdzy. Przejść tu najwięcej, a wszystkie one trudne do obrony. Sam z Sotniami otoczenia Wyszyny będę więc bronił. Na południu także można spodziewać się napadu Szerszeni, dobry żołnierz tam potrzebny, ale i okolice znający. Tam się różne wiatry spotykają. W jednych miejscach pogoda tam umiarkowana, jak u nas, w innych, nieraz po drugiej stronie tej samej góry, pustynne gorąco i suchość uderza. Niech idzie tam, Łemko, któremu te zjawiska nieobce.

- To prawda - zgodził się Łemko. - Nieobeznany z kaprysami pogody ławo mógłby tam zginąć od dziennego gorąca lub nocnego chłodu.

- Pozostaje do obsadzenia pasmo na północ od Wyszyny i tu mam kłopot. Przejść wprawdzie nie jest tu dużo, skały wysokie i łatwo zza nich najeźdźców razić, ale obszar to rozległy. Wojsk nie wystarczy, by każdej ścieżki przypilnować. Pomyślałem, żeby ludzi z Zakola na najdalszy, północny kraniec obrony wysłać, bo tam mogą spróbować nas jakieś mniejsze oddziały Szerszeni obejść. Nieco na południe niech staną ludzie pana Arpada, którym długi odcinek przypadnie do pilnowania.

- A tutaj? - Arpad niewprawną słowiańszczyzną zapytał o ziejącą w obronie pustkę.

- A na ten odcinek wojsk nam nie wystarczy, jak mówiłem. Wolę jednak wyrwę w obronie mieć obok siebie, miedzy wojskami Sekelów, a żołnierzami Sotni. Jeśli przyjdzie tędy zagrożenie, szybciej będę mógł tam z wojskiem pospieszyć. Ale lepiej, żeby bogowie oczy Szerszeniom w tym miejscu dymem gryzącym zasłonili, bo marne nasze widoki, jeśli tę słabość dostrzegą.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później