Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Jak rodzą się lawiny

Na szczytach świata zmagały się najwyższe siły. Mierzyły się wolą, mierzyły się potęgą wiary i słowa.

- Spójrzcie! Ile po mojej stronie dobra! - Zły zaśmiał się bogom bezczelnie w twarz. - Jeśli nawet znajdzie się jakieś, to skulone i żałośnie słabe, a nadto je czarny dym zasłania. Popatrzcie!

To, co odsłonił, świadczyło za nim.

- A teraz spójrzcie na waszą stronę - Zły dodał jeszcze straszniejszym głosem. - Ile podłości wśród tych niby wiernych umieściłem... - I zaśmiał się jeszcze potężniej, aż się pogłos po skałach rozniósł na wszystkie strony i wszędzie wzbudził lawiny.


Śnieżnik przerażał ciszą. Poczułem się w nim osamotniony, chociaż wokół mnie gromada przyjaciół, a z nimi spore słowiańskie wojsko. Każdy z nas czuł się samotny i jeszcze nadto otoczony. Zły wypuścił swe macki daleko. Oplótł każdego i każdego sprowadzał na swoje czarcie ścieżki.

- Bądźcie z nami dobrzy bogowie! - wołał Biedrzeniec.

Chociaż jego głos coraz słabiej do mnie docierał starałem się trzymać wszystkiego, czego on, ojciec, matka i wszyscy najbliżsi mnie uczyli. Miłość do Stwórcy i bliźnich jest podstawą - tego się najpierw chwyciłem, jak mocnego powrozu. Z niej wszystko wynika i nią wszystko się karmi. Wola niezachwiana, siła niewzruszona. Prawda, cnota, wiara , nadzieja. Tak... Podwaliny mieliśmy wpojone wszyscy, lecz mimo to zwątpienie się wkradało. Tak... grzeszne szramy na duszach mamy wszyscy. Czerwień na policzki wypływa na samo wspomnienie.

Przeciw wszystkiemu, co najświętsze, każdemu z nas zdarzyło się zgrzeszyć. I teraz, zamiast szukać tego co w nas najszlachetniejsze, trująca siła wyciągała z nas wspomnienia najpodlejszych naszych występków.

- Żałujcie, ale miejcie nadzieję na wybaczenie! - przez Biedrzeńca, coraz słabiej słyszalnego, chyba sami bogowie przemawiali. - Miejcie pokorę, ale też siłę, odwagę i zdecydowanie. Dobra wypatrujcie, zamiast natarczywemu złu się poddawać!

Tak, udało się! Tylko chwilę wątpiłem. Zaraz się otrząsnąłem, aby stanąć twardo na nogach. Zły mnie nie zwiedzie ani nikogo z nas!

...ale przez chwilę Gintar, Pełka i wszyscy na południu poczuli samotność w duszach. Przez mgnienie, zamiast jak cegły pozlepiane mocnym spoiwem wiary, byli jak gruz luźnych kamieni, co się w otchłań samotnie i bezładnie stacza...


Oblężona Wyszyna spływała krwią. To ludzi szlachetnych i odważnych, to tchórzy i grzeszników. Czasem nawet, ciekawe zjawisko, te wszystkie cechy mieściły się w jednej osobie. Coraz to nowi wojownicy-niewolnicy napływali ze wschodu, bez namysłu siekąc szablami, albo zwykłymi cepami.

Po słowiańskiej stronie wielu mężów sławnych walczyło. Ostap z Makiwki, który raczej zwykł słowem wojować, w najczerwieńszej z czerwonych Sotni objął mały oddział i dawał mu przykład, jak mieczem władać.

Wyuczony, dokładny ruch. Ukłuł na wprost, bez wahania i pokurcz z Błotnego Roju padł przebity. Krok w tył, dwa do przodu i ostrze rozryło trzewia kolejnego najeźdźcy. Bezbłędnie, przeciw bezbożnym. Trzeci zalał się krwią z przeciętej krtani. Czwarty i piąty tylko światło dostrzegli, gdy się Ostap z mieczem błyskiem obracał. Szósty, siódmy. Ósmy ledwie wrzasnął, kiedy ostrze mu bicie serca przerwało. Dziewiąty, dziesiąty...

Po dwunastym czy trzynastym z położonych wrogów, tchu Ostapowi zabrakło. Na mgnienie tylko, zaraz by się pozbierał, ale przez tę chwilę poczuł się osamotniony wśród mrowia najeźdźców. Zwątpił, widząc wrogów po sam widnokrąg. Gdyby tylko w wierze i bogach pokładał nadzieję, zamiast się pysznić rozumem, Najwyżsi szybciej znaleźliby drogę do jego duszy. A tak, otucha przyszła zbyt późno.

W zawahanie wbiło się zardzewiałe ostrze pokurcza z Suchego Roju, który nawet nie celował, a tylko parł, gdzie mu kazali. Tak się złożyło, że ta podła broń znalazła drogę do świetnego rozumu Ostapa. Przez nie dość mocny szłom, przez powiekę i oczodół - żelazo wkradło się do mózgu i zburzyła tam porządek ostatecznie. Żegnaj, wojowniku!

Gdy to zobaczyli podwładni, dotąd jak w obrazek wpatrzeni w Ostapa, osłupieli i ta chwila ich także zgubiła. Także się Dobro spóźniło ze wsparciem... Poległ jeden, uciekł drugi. Zaraza klęski rozlewała się coraz szerzej po słowiańskich oddziałach. A przecież miało nie być na nią miejsca, bo kim dziury w szeregach łatać, gdy odwodów nie było wcale?

Posypała się lawina...


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później