Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Twierdza-Przyzwoitość

Gintar pierwszy pojął, ze przegrana jest pewna. Pierwszy poddał się zwątpieniu, ale też pierwszy zdołał mu się wyrwać. Bo nawet jeśli zrozumiał, że dawny świat ma się ku końcowi, że wkrótce zaleje go obca zaraza, to przecież jeszcze coś zostało do zrobienia. Póki Dola trzyma człowieka wśród żywych, to ciągle ma on obowiązki.

Z początku, nie mając innego pomysłu, skała za skałą, wykrot obok wykrotu budował naprędce coraz to nowe stanowiska i tam próbował powstrzymać nieprzeliczone oddział Szerszeni. Trzy razy tak robił i trzy razy musiał się cofać i na nowo zbierać wojska, które szły w rozsypkę. Gdy zebrał je po raz trzeci, nie było już miejsca, w którym można by się liczniejszym po stokroć wrogiem mierzyć. Już za Bramą Kruka byli wszyscy, w krainie Wysz, płaskiej i łatwo dostępnej.

- Kto żywy, kto jeszcze męstwa nie zatracił: na północ! Spotkamy się w Wyszowym Lesie! - zarządził naczelnik i poprowadził nie więcej niż dwadzieścia tysięcy ludzi Sotni ku krawędzi zadrzewień, do swej przybranej ojczyzny.

Za nimi, w krok, następowało wojsko liczące już tylko sto czterdzieści tysięcy.

Beznadziejna przewaga.

Ale człowiekiem, skoro się już powiedziało, do końca trzeba zostać.

- Do Wyszowego Lasu!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później