Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Nie razem, lecz obok siebie

Męt w głowie. Jak ma się miewać człowiek, który wędrując jesienią na południe nie czuje ulgi ciepłego powiewu, a tęskni za północną, w jej chłodzie szukając oparcia?

Obok mnie szedł prosty żołnierz, podobnie jak ja skołowany. Kiedyś czuł się Rybowcem. Był dumnym rybakiem, z najlepszego szczepu pływaków, na największym na świecie jeziorze. Potem zawierucha zmiotła go z rodzinnej ziemi, obracając w proch świat, w którym się poruszał. Poszedł za moim ojcem, bo uwierzył, że w tej ciężkiej próbie wszyscy jesteśmy Słowianami Białej Wody. To prawda, niby z jednego ojca, ale żeby tak zapomnieć o pokoleniach uraz? O tym, co Rębajcy zrobili Żywiczom? Co Bukowcy Nurtowcom zgotowali, a Nurtowcy zadali sobie nawzajem? Zapomnieć o dzieciństwie, młodości, rodzinie, zwyczajach i nagle, na rozkaz, przyoblec się w nową tożsamość?

Nie, Słowianie Białej Wody to tylko mgnienie, które się w podobne szarańczy stado zebrało, aby w kupie przetrwać trudny czas. Potoczył się ten zbitek ludów przez góry, porwał innych jeszcze - rosnąc o ludzi z Zakola, o mieszkańców Roli i innych...

Jedność tej niejednorodności ratował tylko wspólny wróg. I oby dane było, kiedyś się słowiańskiemu zlepkowi z powrotem rozpaść na szczepy, bo to będzie znak, że nic rodzinom nie zagraża. Na razie Witlicz wiódł tę pstrokaciznę słowiańskich zastępów na południe, a z południa inna rozmaitość nadciągała. Niebo na widnokręgu poczerniało.

- Szerszenie! - krzyknął ktoś, a wszędzie rozlał się ten najdziwniejszy rodzaj strachu, który zamiast uciekać, nakazywał zesztywnieć i tym bardziej przeć ku Złemu. Bo innego wyjścia...

- Jakie Szerszenie... - powątpiewali co mądrzejsi. - Jeszcze przed nimi wiele dni, nawet jeśli się przez bezład Roli przebiją bez trudu...

- Przeraza? - pomyślałem głośno.

- Drugi raz nas własne umysły tak nie oszukają - odparł Biedrzeniec.

Więc co? Czerń wypełniała coraz to nowe obszary, rozlewając się po widnokręgu coraz szerzej i wyżej. Im bliżej, tym hałąsy skrzekliwe głośniejsze, im bliżej tym czerń mniej jednolita.

- To ptaki!

Zwyczajnie przed zimą gawrony, kawki, kruki, nawet sójki inne gatunki zbierały się w wielkie stada, by razem żerując łatwiej niebezpieczeństwa zimowej pory przetrwać. Ale co, do licha, pchało tę czeredę na północ, wbrew zwyczajnemu kierunkowi ptasich wędrówek?!

Pstrokacizna ludzi wbrew sobie na południe, pstrokacizna ptactwa wbrew zwyczajowi na północ.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później