Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Bajka o Aecjuszu III

Piekielna rusznica! Było południe i po raz szósty tego dnia rozgrzana do czerwieni z żółcią skała pognała ku murom. Dowodzący obroną Chocian modlił się, aby przeleciała ponad wielkim murem Grodnicy, przedłużając żywot tej potężnej ściany i dając nadzieję, że jeszcze ktoś zdąży przyjść z pomocą.

Mieszkańcy grodu modlili się, aby pocisk uderzył w mur i na nim się zatrzymał. Coraz mniej dbali o wolność, a z każdym zniesionym domem, z każdym pożarem, z każdą zmiażdżoną przez pędzącą śmierć rodziną, coraz bardziej wyczekiwali spokoju.

- ...pokój, choćby za cenę niewoli... - mówili do siebie w myślach sponiewierani mieszczanie.

- ... ta niewola będzie gorsza, niż śmierć w mękach. Zatęsknicie jeszcze, ale wtedy nie będzie już wyboru... - podpowiadał sobie w duchu Chocian, kiedy patrzył na mieszczan. Nie chcieli mu już patrzeć w oczy.

Od wschodu do zachodu, od szczytu wieńczącego łańcuch Orłanów po ostatni wierzchołek pasma Magnatów ciągle dumnie trwała ściana. Przetrwała niewzruszona całe stulecia, lecz teraz jej dni, może nawet godziny były policzone. Pęknięcia coraz liczniej wgryzały się w jej podstawy. Już się gdzieniegdzie zaczynała sypać, już się wieżyczki na górze waliły. Z tą ścianą zawali się też wiara w zwycięstwo, bo wojów nie było tu tylu, by stawić czoła trzydziestu tysiącom Szerszeni.

Wokół puszki, nie w bezładzie, lecz w wyćwiczonym biegu krzątali się rzemieślnicy i mistrzowie. Niełatwo było dać kapryśnej rusznicy to, czego żadała, aby skutecznie razić wroga. Jeden zespół dbał, aby koła poczwary stały we właściwym miejscu. Inny mistrz poganiał swych ludzi, aby dobrze chłodzili cielsko, chroniąc je przed stopieniem.

- Nie nazbyt gwałtownie z ta wodą!

Jeszcze inny zastęp tak ustawiał paszczę potwora, aby pociski trafiały w wybrane miejsce. Dziesiątki rzemieślników, w tajemnicy pilnowanych dobrze namiotów, mieszało saletrę, węgiel drzewny i siarkę. A kapryśna była puszka, byle czym nakarmiona pluć ogniem i pociskami nie chciała. Dobrze musieli mistrzowie składniki ważyć.

Już nie dziesiątki, a setki zniewolonych pracowało w pocie czołą, aby oderwać od góry skałę, aby ją obrobić, zaciągnąć i do pyska poczwary załadować.

Blask! Żar! Huk!

Kolejny pocisk wyszczerbił mury, a uszy rzemieślników na długie chwile wypełniły się stłumioną głuchotą. Mur, ku radości oblegających chyba niedługo zacznie się walić. Już nie tylko pęknięcia, ale szczeliny i wyrwy go toczyły. Już w paru miejscach było widać w dziurach miedziane dachy grodu. Jeszcze tylko kilka strzałów!

Lecz nie tylko mur oblekała siatka pęknięć. Gdyby któryś z wyćwiczonych rzemieślników oderwał się na chwilę od rozkazów i świeżym okiem spojrzał na puszkę, coś by dostrzegł. Niedaleko wylotu jej pyska, od spodu, w cieniu jej cielska wyraźnie odcinały się niegłębokie rysy. Gdyby jeszcze bliżej spojrzeć, układały się one w niezgrabny napis:

"Aecjusz tu był"

Te rysy z każdym strzałem coraz śmielej oplatały puszkę. Coraz głębiej wrzynały się w żelazo i miedź jej cielska. Aż wreszcie stało się nieuniknione!

Blask! Żar! Huk!

Tym razem ani w miasto ani w mury nic poza gorącem i światłem nie uderzyło. Dym tylko i cisza. Potem dym i wołanie u stóp twierdzy. Gdy się mgły porozwiewały, tylko szczątki ludzi i sprzętów w krąg od stanowiska puszki się ścieliły. Ani puszki zwanej Bazyliką ani mistrzów nie było nigdzie.

Chocian z ulgi i szczęścia aż osunął się na kolana. I śmiał się i płakał, bo nie wiedział za co i komu dziękować. Bo, że ktoś celowo pomieszał zamiary doskonałej obsłudze rusznicy, tego był pewien.

- Kimkolwiek byłeś - krzyknął w niebo. - Sława ci nie pisana. Ale dziękujemy ci bezimienny!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później