Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Tykanie

Ciągle na południe. Coraz zimniej, coraz głodniej i słabiej w płucach grało powietrze, ale przynajmniej miarowo się wędrowało. Przez wiele dni od przedświtu do późnej ciemności bieg dnia wyznaczały nam rozbłyski idące od południowego wschodu. Od Grodnicy mniej więcej. Każdy rozbłysk dawał się spostrzec nawet przy słońcu, jeśli tylko chmury je nieco zasłaniały. Każdy rozbłysk trwał chwilę tylko, po czym przyroda zdawała się zastygać w oczekiwaniu. Szliśmy jeszcze dwieście kroków, tyle samo za każdym razem, gdy - za światłem goniący - przetaczał się po niebie nad nami potężny huk.

I może jeszcze jakieś skowyczenie, albo krzyki płaczliwe? Nie, to chyba tylko wyobraźnia. Nikt nie wiedział, co się tam dzieje. Parę dni tak nam południe do równego pochodu grało swoimi niewyjaśnionymi zjawiskami, gdy przyszedł błysk ostatni, a za nim ostatni huk. Oba byłe dziwne. Błysk jaśniejszy, jakby drgający i gasnący, a huk rozstrojony, ucho drażniący, po którym nie było płaczu, tylko cisza. Ostateczna już. Więcej spod Grodnicy niebo nie słało już wiadomości.

Wlekliśmy się zatem jakiś czas w ciszy. Do czasu.

Ledwie skończyły się huczne rozbłyski, zaczęły się huczne zaćmienia. Tym razem z południowego zachodu. Co godzinę niebo wypełniało się czernią, co godzinę ta czerń zabierał nie tylko światło, ale też ciepło i coś jeszcze, czego nie umieliśmy opisać w rozmowach. Co godzinę szedł za tymi zaćmieniami huk, lecz inny jakiś. Nie głęboki i zwarty, a raczej taki, który morskie pływy wzbudzają.

Gdzieś to szło znad Sarniego Boru, albo z dalszych jeszcze miejsc: z Zakola, albo z brzegów Dłużnicy. A przecież tam już dawno człowieka nie było!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później