Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Zostawcie i chodźcie

Piana. Szczelną i grubą warstwą zakrywała całe lustro wody. Zawiesina tu i ówdzie trupio sina, miejscami czerwona od sączącej się krwi, a przeważnie szara z beznadziei. Coś się pod jej powierzchnią burzyło, coś drgało. Walka trwała w najlepsze. Oślizłe poczwary Żmija zabijały bez rozumu, gnane przyrodzonym, nienawistnym popędem, a żołnierze Szerszeni, spętani strachem od dziecka i do szpiku, byli okrutni, jak nikt dotąd. Od trójzębów ginęły węże i podobne im stworzenia. Umierali niewolni woje Błotnego Roju, topieni przez oślizłe gady i płazy Gniewosza, w podzięce za bolesne kłucia. Padłych w boju zastępowali następni, bo odwodów jedni i drudzy mieli nadto. Zdawało się, że prędzej Bystra wyschnie, niż się zapał we wrogich obozach wyczerpie.

Woda unosiła pianę, a powietrze niosło zapach cierpienia, woń umierania i swąd strachu.

Do namiotu Witlicza obraz ten wdzierał się coraz silniej, grając nastrojami wszystkich tam zgromadzonych wodzów. - Bójcie się! - ciskało się stęchłe powietrze. - Poddajcie się! - wołał obraz obcych wojsk po widnokrąg. - Porzućcie nadzieję! - krzyczały wściekle obce i nie dajace się pojąć jaźnie.

Nawet siedząc w miarę bezpiecznie na obrzeżach śmiertelnego starcia człowiek walczy o życie. Nawet bardziej, niż z mieczem. Nawet ważniejsze to starcie, niż sama bitwa.

- Dopiero, co nas Gniewosz wygnał! - rzekł Witlicz podniesionym tonem. - Teraz Królowa nas zaprasza?!

- Nie człowieka wygnał Żmij, tylko ludzkość - odpowiedział Korowaj beznamiętnym głosem posła przymuszonego do zadania. - Nie przeciw człowiekowi Królowa wznieciła rokosz, lecz przeciw społeczności, co z ran zadawanych światu czerpała.

- Jaka różnica? Gdzie człowiek, tam ludzkość. Gdzie ludzkość tam społeczności świat według swych pomysłów i potrzeb kształtują.

- Nie musi tak być. Są tacy co chcieli w zgodzie z przyrodą toczyć życie. Nie wznosić się pysznie ponad inne gatunki, ale z nimi dzielić radości obfitych lat i troski głodnych zim.

- Mamy wyrzec się rozumu? Żyć jak zwierzęta? - Witlicz nie mógł uwierzyć, co posłaniec wygaduje.

- Mógłbym szukać gładkich słów, aby inaczej to wyrazić, ale oszukiwać cię nie zamierzam. Tak! Tego chce Królowa. Przyłączcie się do przyrody, odrzućcie pyszny grzech rozumu. W sojuszu razem pokonamy podłych Szerszeni, którzy w grzechu dalej od was znacznie i dla których nadziei nie ma! Gdy zwyciężymy, zamieszkamy razem!

- Wśród bagien? Z porywami popędów w głowach zamiast myśli? Gnani tępą chucią w nieznane, zamiast podążać drogą za światłem bogów?

- Jaka jest twoja ostateczna odpowiedź, naczelniku Słowian? - zapytał beznamiętnie Korowaj, nie wdając się już w dalsza rozmowę.

Witlicz dlugo patrzył na Korowaja, którego myśli zmącone były nie mniej od lustra skąpanej w bitwie Bystrzycy. Biedny człowiek, któremu zrzucono na sumienie więcej niż może unieść... ale z drugiej strony nie litować się miał teraz Witlicz, a walczyć o swój ród.

- Moja odpowiedź? - Witlicz wstał świadomy wagi postanowienia. Wstali i inni wodzowie, gotowi iść za jego wolą, jaka by nie była. - Idź precz posłańcu obrażającej bogów przyrody! Zostań z nami Korowaju, człowieku, Słowianinie, bracie!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później