Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Drugi wysłannik

Na brzegu teraz ten sam obraz, co w nurcie Bystrej. Bezład i zgiełk. W rzece tumult błotem i wilgocią oblepiony, a na lądzie i w powietrzu zamęt drażniący suchością i pyłem. Może Przewodnik Starzyk, przyglądający się bitwie ze szczytu najwyższego z Trzech Wzgórz potrafiłby orzec, kto tu wygrywa, a kto dożywa kresu. Na pewno nie mogli tego zrobić Słowianie, których wprawdzie wir walki dotąd nie wciągnął, ale za to przesłaniał im większą część świata.

- Miałeś słuszność, żerco! - Witlicz wskazał Biedrzeńcowi jeden z brodów na rzece. - Kogoś nam tu posyłają.

Rzeczywiście! Wielkim nakładem sił, za cenę setek poległych żołnierzy Szerszenie opanowały przeprawę w najdogodniejszym miejscu. Świadomi, ze nie uda im się jej utrzymać długo, popędzali tam kogoś, osłaniając go tarczami i własnymi ciałami.

- Oto i posłaniec! Zawiadomcie straże, żeby bójki z Szerszeniami nie wszczynali. Posła prowadzą!

Strażnicy usłuchali. Bez zaczepek, ale też nieustępliwie zatrzymali całą drużynę, do obozu wpuszczając jedynie posłańca. Dziwne miny robili, gdy go ujrzeli. Posłaniec, prowadzony przez przybocznych mijał ogniska słowiańskich wojów, a przy każdym obok którego przeszedł zostawiał zmieszanie.

- Rozstąpić się! Poseł Szerszeni idzie!

Drużynnicy i pomniejsi dowódcy otwierali suta ze zdziwienia. Wodzowie zaniemówili, gdy wysłannik wchodził do namiotu Witlicza. Nikt, tylko sam naczelnik zdobył się, by w głos przywitać tego oczekiwanego i nieoczekiwanego gościa.

- Pełka!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później