Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Jeśli upadać...

Łucznik był pewny siebie. Oko dokładnie mierzyło skąd i jak żwawo przybywa żółto-czarny napastnik. Nerwy gładko przewodziły te wieści głowie, a głowa dalej słała żywą wieść mięśniom. Kości podołały ciężarowi, a ściana napięciu. Strzała rozpruła powietrze.

Tym razem niecelnie. Łucznik był spokojny. Niczego tak dobrze, jak strzały i cięciwa w życiu nie poznał. Gdy miał pięć lat ktoś przyszedł do jego domu i dał mu w pysk. Zaraz też w twarz dostała jego matka, a pomiędzy obojgiem stanął wysłannik Suchego Roju.

- Nadajesz się! - obwieścił beznamiętnie przybysz. Łucznik nigdy więcej nie zobaczył rodziny. Odtąd każda godzina jego życia była zmierzona potem ćwiczeń i krwią kar za błędy. Wpojono mu kogo ma kochać, a kogo - czyli poza Najwyższym i Ubóstwionym Władcą wszystkich - nienawidzić. Wyuczono jego ciało wszystkiego, co o łucznictwie ciało powinno wiedzieć. Był najdoskonalszym strzelcem Roju.

Druga strzała chybiła. To nic! Nie namiętności rządziły jego myślami, lecz chłodne rozkazy. Wyciągnął kolejną. Ruchem płynnym i spokojnym na tyle, by bezład przypadku lub niezdarność zmęczonego ciała nie przekreśliła celnego uderzenia. Napiął łuk. Wolno, lecz zdecydowanie. Mocno, lecz nie pospiesznie.

I ten pocisk pognał daleko, nie napotykając przeszkody. Dziwne! Kropla potu umknęła spomiędzy zmierzwionych włosów gdzieś w zagięcia lnianej koszuli. Osa była coraz bliżej, strasząc wyraźnym już bladym żądłem.

Niemożliwe, znów nie trafił! Czy wystarczy czasu, na kolejną próbę? Nie, już tylko unik przed żądłem...

Uchylił się, ale o dziwo owadzi wojownik nie zamierzał przebijać go swą śmiertelną bronią. Zamiast tego chwycił za ubranie i uniósł wysoko w górę. Żołnierz Suchego Roju, który wniósł się na wyżyny swego wojennego zawodu teraz i świat oglądał z wysoka. Przez chwilę.

gdańsk przewodnik upadek z wysoka

Gdy upadał czuł, że śmierć idzie i że szybko coś jeszcze powinien zrobić. Nie wiedział tylko co. Żadnej modlitwy przecież nie pamiętał.




- Jak myślisz, Zimowicie, co z Gintarem? - zapytał mnie nieoczekiwanie ojciec.

- Walczy! - odparłem bez wahania.

- Nie zginął? Nie poddał się?

- Skąd ja mam... - spojrzałem na Witlicza i dopiero wtedy zrozumiałem, o co pyta. - Nie! Żyje i walczy. Wydaje mi się, ze gdyby miało stać się z nim coś złego, czulibyśmy to obaj. Ja niepokoju o jego duszę w sobie nie znajduję.

- Ani ja! - uspokoił się naczelnik. - Ponadto więcej czuję. On się zbliża.

- Ho! Ho! - z wolna dochodziło do mnie co to oznacza. - Wysoko mierzy!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później