Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Na kagańcu rozkazu, w zbroi popędu II

Tak naprawdę Słowian próżno szukać po świecie. Gdy się rano człowiek budzi, w swojej brudnej półziemiance, na barłogu, pod pęczkiem muchomorów zawieszonych na zgubę muchom pod pułapem, to słyszy swoje dzieci wrzeszczące, żonę cos mruczącą, może gderających staruszków-rodziców. Żadnych Słowian tam nie ma. Tylko rodzina. Wychodzi człowiek na świat, na pole ciężkim wysiłkiem wyrwane puszczy i tam - wśród trudu - także nie Słowian widzi. Tylko brat, stryj, chmara pociotków. Ród.

Pewnie gdyby spojrzeć dalej i szerzej, z tych rodów dałoby się zlepić plemiona, a z tych plemion mrowie Słowian zaludniające pół świata. Ale słońca brakuje, sił i nade wszystko potrzeby, żeby o takich rzeczach myśleć. Tylko, gdy "Wici!" krzyknie pędzący wysłannik, wtedy zbiera się plemię z siekierami i mieczami.

Gdy naprawdę źle, a jeszcze znajdą się wśród rodów światłe umysły zdolne wielkie rzeczy ogarniać, wtedy dopiero te plemiona mają moc zlać się w gromadę Słowian. No i rzecz jasna bogowie muszą tego chcieć. Nieczęsto się to zdarza.




Czy to pleń się pcha przez rzekę? Coś w każdym razie bardzo do tego zlepowiska robaków podobnego pełznie, powoli przecinając nurt Bystrej. Jakiś dziwny ten pleń, gdy się przyjrzeć bliżej. Świecą mu się na ciele jakieś żelazne łuski, chociaż częściej te płytki ochronne twardą skórą się światu przeciwstawiają, a jeszcze częściej jakby z dębiny sporządzone. Pstrokato umaszczony ten stwór! Bez głowy jakiejś szczególnej, chociaż czoło jego macające czujnie za najlepszą dla całości drogą. Ani odnóży ani w ogóle żadnych szczególnych odznaczeń. Poczwara pełznąca, uparcie opierająca się otoczeniu, które w gorejącej bitwie tonie.

Z bliska od razu widać, że to ludzie się składają na tego stwora! Po czterech idą, gnani popędem i rozkazem, choć nie wiadomo, co bardziej do nich przemawia. Dziwnie się posuwają. Środkiem woje idą szybciej nieco niż brzegami, niosąc przy tym tarcze wysoko, głowy swoje i towarzyszy z zewnętrznych szeregów chroniąc przed napadami podłych os. Gdy się przesuną na samo czoło pochodu, wtedy nagle do zewnętrznych szeregów się włączają. Zwalniają nieco, a tarcze opuszczają i przeciw napastliwym poczwarom z nurtu je obracają.

Taki to pleń zbrojny, cud jakiego przyroda nie widziała, podąża ku drugiemu brzegowi.

A w środku tego pochodu prawdziwe skarby.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później