Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Raz, szponami w kark!

Dwaj płowi młodzieńcy byli Świetlikowi posłuszni. Sam widok wściekłego potwora wystarczył, by z nich całą odwagę wygnać. Nie ruszyli się z bezpiecznego zagłębienia. Nawet nosa nie wychylili, tylko przywarli do dna, czepiając się pazurami każdej możliwej szczeliny. Może im to da ratunek, a może ich nadzieje malowane mgłą po słonecznym poranku. Tak czy inaczej, mężczyzn już z nich nie będzie.

Co innego Piegacz i Kruczka. Tym do strachu było daleko, za to w swej woli zdobycia skarbu zapomnieli zupełnie o rozsądku. Cóż w tym dziwnego, skoro całe życie im pod bezpiecznym płaszczem poukładanego miasta i zamożności rodziców upłynęło? Dla takich jak oni świat to nieskończona skarbnica uciech i słodkości: tylko brać i zajadać. Kto o jakichś skutkach i zapłatach słyszał?

Rudy zupełnie już bez udziału rozumu pchał się na gniazdo. Jak daleko musiał ten zamożny syn się zapuścić, by coś podniecenie w nim wywołało. Jakie tam w dole wszystko był łatwe i nudne. Wszystko już dostał, wszystkiego spróbował.

A teraz go nowe doznania czekają...

Niby zważał na dźwięki, niby na przykurczonych nogach, ale dawno został już namierzony. Gdy się ptak, co gniazdo mościł spostrzegł, że rudzielec tuż pod gniazdem - wrzasnął i odskoczył. Rozpostarł szeroko skrzydła - potężne! - a pęd powietrza niemal zdmuchnął Piegacza w przepaść. Drapieżnik zaskrzeczał rozwarł dziób i gotował się do skoku, lecz nic robić nie musiał.

Drugi ptak, który z powietrza przybłędę namierzył już się wbił wszystkimi szponami w ciało chlopaka. Przebił skórzaną kurtkę, kaftan i lnianą koszulę przeszył bez kłopotów. Dalej skórę i mięśnie, aż się na kościach ostrza zatrzymały. Rudowłosy aż nie wiedział co robić, tak rzadko się z bólem spotykał. Najpierw oniemiał, najpierw się oburzył, chciał rugać, winnych szukać, wreszcie krzyknął, jak zwyczajny dzieciak.

- Mamusiu!

Wrzeszczał. Piszczał prawie, a ciało jego głębokimi ranami namaszczone drżało, plując obficie krwią. Świetlik wiedział o orłanach tutejszych jedno: gdy raz zdobycz chwycą, trudno bardzo im ją ze szponów wypuścić. Nawet, gdyby chciały, to podniecenie i gwałtowność w gatunku taka, że im ciało rozluźnić żelaznego uścisku nie pozwoli. Tylko jedno miał wyjście. Rzucił się z mieczem ku przewyższającej go poczwarze. Zabić, albo potwór młodzieńca zabije!

- Uwaga!

Mędrak Świetlik pchnął mieczem przed siebie, tylko sprawdzając jak się orłan zachowa. Tak jak myślał. Szpony stwora już do śmierci pozostaną ściśnięte. Tak trzeba bydle ubić, aby na miejscu zdechło i nie pociągnęło Piegacza w przepaść w rozszalałym umieraniu.

Drugie pchniecie już pewniejsze, dobrze przemyślane. Nie było miejsca na błąd. Pierwszy cios musi zgasić życie poczwary.

- Aaaa! - Świetlik natarł całą mocą.

Celnie! Ostrze gładko zagłębiło się w oczodole orłana. Potem w mózgu, a opór prawdziwy stawiła dopiero potylica. Tym razem to drapieżca zadrżał. Życie uchodziło z niego prędko, jakby w popłochu uciekając. Wiotczały mięśnie, bladło oko, co się w całości ostało. Nawet pióra jakby matowe się stały. Tylko szpony ciągle całą mocą ciągnęły Piegacza ku śmierci.

- Nie ma rady!

Świetlik mocnymi cięciami uwolnił Piegacza od olbrzymiego truchła. Szybko i sprawnie zbadał rany. Tam gdzie bezpiecznie mógł, tam szpony z jego ciała usunął, gdzie nie był pewny czy krwotok młodzieńca nie zabije, pozostawił ostrza w ranach. Wytrzyma, później się go podleczy. Teraz inny kłopot. Drugi z potężnym drapieżników już się rzucał na przycupniętą w niewielkiej szczelinie czarnowłosą Kruczkę.

- Nieeee!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później