Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Dzieciogłowie

Jakoś zeszli. Płowi młodzieńcy prowadzili jęczącego od bolesnych szarpnięć Piegacza, a Świetlik pomagał Kruczce stawiać nogę za nogą. Wydawałoby się, że, tak jak rudy, powinna być na wpół zamroczona, lecz nie, coś innego z nią się stało. Oczy miała otwarte szeroko. Twarz bardzo bladą, ale o niezwykle jasnym, przytomnym wyrazie, a ciało napięte, choć nie zesztywniałe. I lekkie drżenie, ledwo wyczuwalne od niej biło. Tak wygląda człowiek, któremu się nagle cały świat wartości przestawia. Oby na właściwe tory.

Już byli w dolinie. Zębatka złowrogo wisiała nad nimi, lecz przynajmniej orłan daleko. Tu nic im nie groziło.

- Odpoczniemy - zarządził Świetlik. - Poczekamy na jakiś wóz do Grodnicy.

Mędrak rozdał młodzieży prowiant, rozdał po bukłaku z oskołą i patrzył. Jeszcze wczoraj byli tacy sami, jak wszyscy tutaj. Chorzy. Świetlik nazwał tę chorobę dzieciogłowiem. Z pozoru mądrzy, odżywieni świetnie, radośni i szczęśliwi w bezpiecznym kraju. Trzymali się zdrowo, zamierzania na przyszłość mieli niby rozsądne... A jednak chorzy na dzieciogłowie. Schorzenie to się przejawiało, gdy tutejsi zaczynali dorastać. Tu im się drogi ze ścieżkami zwykłych ludzi rozchodziły.

Zwykły człowiek dorastając przestawał patrzeć na siebie tylko. Przestawał widzieć świat i innych ludzi jako zabawki dla jego radości stworzone. Ubierał się w odpowiedzialność. Najpierw żonę sobie znajdował, z tej żony - wiadomo - dzieci mu się rodziły i ani się spostrzegł, już tyrał za dwóch, by rodzinie dać oparcie. Już się z ostrymi poglądami jak dawniej nie wychylał, dziwaczne młodzieńcze zachcianki i wygłupy chował w niepamięci, bo przecież własne dzieci dorastały, trzeba im albo naukę dać i zawód porządny, albo gospodarstwo zdrowe zostawić...

A tutaj, w rozwiniętych krajach Hobola i Zacisza? Dzieciogłowie!

Młodzieńcy, jak byki, dziewczęta w sam raz by męża szukać, a odpowiedzialność jakoś nie przychodzi. Owszem, na uczelnię tłumnie przychodzą, niektórzy błyskiem pieniądze w handlu, albo sławę w sztuce zdobywali, ale gdy szło o odpowiedzialność uciekali, jak przed samym Złym. Gdy im starsi zwracali uwagę, ze może czas na małżeństwo, na stateczną pracę, albo służbę bogom, to się nienawistnie niemal do nich młodzi odnosili. Państwo ze stolicą w Stargardzie przecież czego innego chciało.

- Szczęścia dla siebie szukajcie! - wołały uczelnie i urzędy. - Państwo nasze bogate. To prawda! Da jeść i pić, w nauce wspomoże, a wy nic, tylko szczęścia dla siebie szukajcie! Zapomnijcie o bogach, co wam kajdany narzucają. Wolni jesteście całkowicie!

Oczywiście, jak wszyscy niedojrzali, mylili szczęście z radością. Takie to ich pojęcie szczęścia było, że gdy się już mocno podstarzali budzili z pijackich zamętów, nierządnych doświadczeń, głupiego śmiechu bez zadumy, to już było za późno na szczęście sprawdzone przez setki pokoleń. I wtedy płacz, rozpacz i ani do kogo się zwrócić, bo bogowie przecież precz pognani przez rozum...

A bliźni?

Bliźni chorzy na dzieciogłowie przecież! Tylko swojej przyjemności patrzyli, gdzie im tam do cudzych nieszczęść. Umieraj samotnie, człowieku! Najlepiej szybko i gdzieś w ukryciu, żeby ogólnej radości nie psuć.

Jaśniej i donośniej Złego zapraszać nie można.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później