Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Dzieciogłowie II

Długo już czekali w dolinie, na poboczu drogi. Wozów kilka przejechało, ale jak na złość wszystkie od Grodnicy, a nie do niej. Właściwie, co dziwnego? Ostatnio głównie spoza rozwiniętego świata, od ziem Szerszeni wszystkie potrzebne dobra brano. Taniej. W rozwiniętych krajach rzemieślnik bywał w tych czasach wygodniejszy. Za pracę chciał więcej pieniądza, chciał zabezpieczeń na wypadek utraty zdrowia, obietnic, że się z ceny nie zejdzie... A tam daleko, powiadali wprawdzie mądrzy: "wyzysk!", "nieludzkie traktowanie!", ale każdy brał, bo ceny miłe, aż oczy błyszczały. Wszystko już się stamtąd sprowadzało: i garnki, kosztowności co mniej wyszukane i kamień barwny na posadzki nawet. Płaciło się za te dobra różnie, najczęściej...

- O! Jest wóz! - poderwał się Świetlik, a za nim cała czwórka młodych. - Powitać!

- Powitać! - odrzekł woźnica nieszczególnie uradowany.

- Zabierzecie do Grodnicy?

- Piątka was, koniom już i tak nielekko...

- Zapłacimy - Świetlik rozwiał wątpliwości woźnicy. Już dodatkowy ciężar nie będzie kłopotem.

Czwórka młodych ułożyła się z tyłu dość wygodnie, a Świetlik na koźle podróżował, bo lubił wszystko wokół widzieć, a i towarzystwo zwykłych ludzi przedkładał nad wydumki możnych.

- Do samej Grodnicy jedziecie?

- A jakże, i to do dzikiej części.

- Po dobro pewnie jakieś ze świata?

- A jakże! W pięć pełnych wozów będę z druhami wracał. Kabłączki dla panien tak tanio od dzikich zza szerszeniej granicy kupię, że sobie raz dwa w samym Stargardzie dom znajdę!

- Dobry z was musi być kupiec...

- Ba! Już parę lat tak jeżdżę. Czego to ja stamtąd nie przywoziłem. Ubrania, domowe sprzęty, błyskotki - a wszystko tak tanio, że uwierzyć trudno...

- A co na wymianę wozicie?

- Z początku to prawie wszystko dzicy brali - skrzywił się woźnica. - Każdy towar u nas zrobiony dziesięć razy lepszy od partactwa tamtych. Z czasem to się jednak zmieniło. U nas coraz mniej chętnych do roboty, a dzicy z kolei się szybko uczyli. Teraz to już im nie towary wożę, ale całe zakłady.

- Zakłady?! -Świetlik nie bardzo rozumiał.

- Ano, zobaczcie - wyjaśnił woźnica i odsłonił, co w workach miał.

Koła zębate, przekładnie, kołowrotki, liny i druty jakieś, gwoździe i śruby, nakrętki i - na sam koniec - księgi, opisania, jak to wszystko do kupy poskładać. Cały zakład, cud ludzkiej myśli i zręczności - z kołami zębatymi, pompami i tłoczniami - w częściach na sprzedaż w obce ręce... Za błyskotki tanie...

- Wytwarzać, już od dawna niczego nie wytwarzamy, teraz oddajemy im nasze narzędzia do wytwarzania - zastanowił się Świetlik. - A czym będziemy płacić Szerszeniom, gdy i wszystkie zakłady rzemieślnicze wywieziemy?

- A skąd mnie to wiedzieć... - odrzekł zupełnie nieporuszony woźnica i pognał nieco konie. - Ja się kupiectwem zajmuję, a nie dumaniem, co jutro będzie.

Zwyczajnie, dzieciogłowie.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później