Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Biały kur

Cisza wreszcie. Kur, zwykły zadziorny kogut, obwieścił wszem poranek. Ulga rozniosła się po izbie i po okolicznych domostwach, które także tej nocy snu nie zaznały. Z siedziby Straży wychodzili pobledli możni rozumu, których ten rozum w trudnej godzinie próby nie wsparł. Co teraz mieli robić? Rozum porzucić i oddać się w ramiona jednej z niezliczonych nowych wiar? Bzdura! Szukać starych bogów, co od początku człowiekowi byli przyjaciółmi? Nie, któż ich dziś pamięta, kto wie gdzie ich szukać? A może jednak przy rozumie ciągle trwać, może tylko raz się przed nadprzyrodzonym wycofał i więcej nie zawiedzie? Tak... Może to i wyjście, ale małą nadzieje dające...

- Świetliku, Sasanko! - mędrak i badaczka usłyszeli za sobą znajomy głos. - Nie wychodźcie jeszcze! Mam z wami do pomówienia.

Odwrócili się. Ho, ho! Sam Chocian ich wołał! Widać nowa wielka władza nie uderzyła mu do głowy tak bardzo. Wciąż dawnych znajomych - mimo, ze niewiele znaczących - poznawał.

- Dawno z wami nie mówiłem. Zimowit cię pozdrawia, Świetliku. Tasznik i inni także!

- Masz wieści od nich?

- Od Tasznika głównie, podobne urzędy piastujemy.

- W porządku u nich?

- Jak najbardziej! Dzieci im rosną, a oni sami zupełnie się nie starzeją - uśmiechnął się Chocian, lecz zaraz wrócił do ponurej rzeczywistości. - Chcę poznać wasze zdanie o tym, co tu zaszło. No i, nie ukrywam, zadanie dla was też będę miał. Wszelkie wasze sprawy będą musiały poczekać wolniejszych chwil. Teraz zapraszam do mojej siedziby. Pomówimy.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później