Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Nie tak znowu bezpiecznie

Przełęcz Krwawnik coraz bliżej. Nie nazbyt wysokie szczyty ją otaczające w przyjemnie grzejącym świat słońcu poranka przybierały ciekawe barwy. Samo niebo od czystego błękitu przez miłą oku zieleń przechodziło w otulającą słońce pomarańczową otoczkę. Chmury, które niewielkimi gromadkami obłoków leniwie ślizgały się po czubkach skalistych szczytów dla odmiany przyoblekały się w biel i granat. Najwięcej jednak było czerwieni. Wszelkie inne barwy były tylko znaczącymi zdobieniami na widnokręgu krwistego zachodu.

- Popatrz!

Zza niewysokich pagórków będących dopiero zapowiedzą wzniesień i gór wokół samej przełęczy ktoś ich podglądał. Nie jedna, nie dwie, lecz wiele par oczu bacznie śledziło ich kroki. Poza czujnym wypatrywaniem, co Świetlik i Sasanka robią niczego nie robili i pewnie na tym by się skończyło, gdyby wędrowcy poszli głównym szlakiem ku przełęczy. Świetlik jednak miał inny pomysł.

- Idźmy do nich!

- Dlaczego? - zdziwiła się Sasanka. - To pewnie dzieci z tej osady za strumieniem.

- Może, ale chcę to sprawdzić. Coś mi nie pasuje w ich zachowaniu. W tej osadzie jest gospoda?

- Zdaje się, że tak. Chyba nawet w niej kiedyś jadłam.

- No to chodźmy tam! I tak coś przecież trzeba zjeść, zanim weźmiemy się za przełęcz.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później