Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Sami porządni ludzie

Takie były siły: z jednej strony Świetlik - nieźle mieczem machający, chociaż dotąd częściej mierzący się z dzikimi stworami, Zdrowit, wojownik niezły, ale dawniej, gdy jeszcze tyle siwizny na głowie nie nosił i Sasanka, cóż by o niej powiedzieć... nie do miecza stworzona. Z drugiej strony trzech osiłków: tępych i rozgarniętych średnio, ale za to z ochotą szczerą, by przeciwnikom oddechy poskracać.

Sasanka tylko się skuliła pod pierwszym uderzeniem - niewiastę bydlę chciało sieknąć! - i ledwo go uniknęła. Świetlik przytomnie pchnął ją pod stół, przy czym zdaje się zwichną jej rękę i boleśnie obtłukł kolano, ale lepsze to...

- Uważaj! - wrzasnął Zdrowit, ale za późno. Nasiekaniec spadł na lewe ramie, na szczęście na ramię - nie głowę Świetlika. Ból! Będzie sporo kości poobijanych. Mędrak wiedział, że walczy o życie, więc się bólu z głowy pozbył. Obrócił się mierząc izbę wzrokiem. Ostrze jego miecza już błyskało w stronę napastników, co przynajmniej na chwile ich powstrzymało. Obok Świetlika Zdrowit, a dookoła tłum, który nie zamierzał się wtrącać.

Porządni ludzie wokół! Porządni ludzie to dziwne pojęcie. Są życzliwi, póki ich to nic nie kosztuje, póki syci i zdrowi, póki im niczego nie trzeba i nic im nie zagraża. Nie liczyć na nich w życiu, tylko swojego patrzeć i kłaniać się im z uśmiechem, kiedy się samemu porządnym...

- Aaaa! - wrzasnął ten bezzębny i rzucił się na Świetlika. No, to przynajmniej jeden głupiec z głowy. Co tam miał środku wszyscy mogli zobaczyć, gdy upadał. Miecz Świetlika nie wszedł równo w jego ciało, leczo sporo go postrzępił. Powypadało na wierzch kilka ważnych narządów. Sasanka, spod stołu, jako uzdrowicielka, mogła się wiele nauczyć o tym, ile to człowiek żyć jeszcze może, gdy się mu wszystkie wnętrzności pourywają. Bezzębny krótko i płytko oddychał, oczy miał otwarte bardzo szeroko, a usta złożone jak do płaczu. Śmierć jeszcze się z nim trochę pobawi, jak kot z myszą, nim go na zawsze zabierze.

Gdy się Świetlik mocował z bezzębnym, pozostali dwaj wzięli się za Zdrowita. Choćby był mistrzem walki, samym ciężarem tłustych ciał by go powalili. Raz dwa stłukli go pałami. Miecz wyleciał starcowi z ręki i tylko już się zasłaniał przed ciosami. Jedna ręka już bezwładna, druga złamana paskudnie z kością na wierzchu, następny cios będzie ostatni...

- Aaaa!

Świetlik uprzedził osiłka tnąc go po karku. Krzyknęli obaj równocześnie. Mędrak z wściekłości, napastnik z bólu. Kaftan i koszula zaczerwieniły się od posoki. Bydlak nie przestawał krzyczeć. Tak naprawdę nic poważnego mu się nie stało, tylko mięso miał przecięte i kręgosłup nieco naznaczony. Na szczęście był tchórzem i z walki ciągle wrzeszcząc się wycofał.

"No, teraz już robota prosta!" - pomyślał Świetlik stojąc z wrogiem jeden na jednego, lecz się pomylił. Ten ostatni wiedział do czego biała broń służy. Do tego obite ramię coraz bardziej bolało ćmiąc umysł i krępując ruchy.

Dziwne na jakie rzeczy człowiek potrafi zwrócić uwagę w takiej chwili. Świetlik powinien się skupić na walce, tymczasem dostrzegł, co ma napastnik do pasa przypięte. To czaszka! Takiej budowy, jak ta co nad drzwiami gospody, tylko zwyczajnych rozmiarów. Przypadek?


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później