Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Gnoje

- Gnoje, gówniarze, niech was to samo spotka w biedzie!!! - łkała jedna z tych dobrych, co to chciała zupy głodnym dać. Najpierw ją młodociani napastnicy pobili, garnki porozbijali, a potem, co najgorsze, jeszcze jej słów parę bluźnierczych na odchodne zostawili. Nie miał kto tej obrazy pomścić. Mężczyźni, ci prawdziwie rycerscy, albo odeszli ze świata w poprzednich wojnach, albo poszli, by odejść w tej, co dopiero się zapowiadała.

Gnoje pobili wszystkich, którzy przy kuchni stali. Poniszczyli sprzęty, znieważyli. Każdy z potrzebujących także swoje oberwał. Każdy się nasłuchał najgorszych rzeczy, każdy stracił, jeśli tylko miał coś cennego.

Świetlik chciał bronić, tych co sami dobyć miecza nie potrafili, ale nic nie wskórał. Żaden napastnik nie chciał się z nim mierzyć. Mędrak zbyt pewnie miecz dzierżył, zbyt dobrze się na nogach trzymał. Nikt nie chciał mu w drogę wchodzić, skoro wokół tyle łatwiejszych ofiar. Gnoje.

Napastnicy byli ni to młodzi, ni to dorośli. Już nie chłopięta, jeszcze nie mężczyźni. Sami sobie w dorastaniu zostawieni. Ojcowie i matki widać mieli ważniejsze rzeczy na głowie, niż się rozwydrzonym potomstwem zająć. Pieniądze, sława, zadowolenie...

- Aaa! - jeszcze gdzieś ostatni z bydlaków, ostatni dzban z bryjką kopniakiem rozbił, jeszcze ostatniego kuksańca najbliższemu z bezdomnych dał i ze śmiechem pognał dalej.

Nim się straże zjawiły oczywiście już było po sprawie. Nikt się nie spieszył napastników gonić. Widać, że dowódcy straży znane były twarze bydlaków. Co im jednak można, kiedy to synowie najzamożniejszych i najznamienitszych? Tylko kłopot by był, żadna sprawiedliwość...

Jedyne, co zostało, to ofiary pozbierać, rany im opatrzyć i na duchu podnieść. Sasanka już się wokół starszej jakiejś nieszczęśniczki krzątała. Świetlik jej młodszej towarzyszce rękę podawał...

- Nie, ze mną dobrze - pokręciła głową dziewczyna, chociaż cienka strużyna krwi ciągle sączyła się z jej ust. - Mędrakowi pomóżcie!

- MĘDRAKOWI? - Świetlik nie wierzył, że usłyszał to słowo. - Kogo zwiecie mędrakiem!?

- O, tamten obdarty! - wskazała ledwo gramolącego się z kolan bezdomnego. Żałośnie wyglądał. Niezdrowo, odrażająco, a jednak w dziewczynie raczej podziw i szacunek budził. - On tu najmądrzejszy, pomóżcie mu!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później