Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Stary mędrak

Pomilczeli trochę Świetlik z Sasanką przyglądając się, jak płonie wiadomość od Chociana. Nie może nic pozostać, poza myślami w głowach i marnymi przeczuciami, które niewesołym błyskiem wypełniają oczy.

- Jeśli Grodnica miałaby paść...

- Nie będzie już oparcia w żadnym kraju. Szerszenie opanują wszystko.

- Nie poddawaj się czarnym myślom! Może przyjdzie jakiś sposób, by Grodnica nie otworzyła bram przed Złym. A może jeszcze inna droga jest przed Światłem, kto wie.

- Masz słuszność, nic nie poradzimy. Róbmy swoje. Zajmijmy się tym dziadkiem.


Stary, którego nazwano mędrakiem ciągle jeszcze tkwił w oszołomieniu.

- Dziękuję wam! - mówił cicho, gdy Świetlik podał mu wody.

- Dziękuję, dziękuję! - powtarzał, gdy Sasanka, która uparła się, żeby znaleźć dla niego jakieś łóżko nad gospodą, układała go ostrożnie do odpoczynku sprawdzając przy okazji, czy kości nie pogruchotane.

Minęła godzina i zdaje się, że zdrowie wróciło do ciała starego człowieka. Nic chyba poważnego mu się nie działo. Tylko sińce i o oszołomienie. Tylko mordęga walki ze zdziczeniem i świadomość własnej starczej bezradności go dusiły. Teraz jednak, gdy obcy zupełnie mu ludzie podali dłoń, światło wróciło do jego oczu.

- Dlaczego nazywają cię mędrakiem? - zapytał w końcu Świetlik.

- Bo jestem mędrakiem - stary wzruszył ramionami. - W starym kraju nazywali mnie Bukomir.

- W mojej dawnej ojczyźnie ja także byłem na mędraka uczony.

- Niemożliwe! - zaprzeczył stary. - Tylko w jednym miejscu byli mędracy.

- Na Żywicznym Półwyspie...

- Jesteś z Żywiczów młodzieńcze?! - Bukomir spróbował wstać, lecz mu słabe ciało ciągle nie pozwalało. Upadł ciężko na poduszkę, lecz umysł jego już zupełnie był przytomny. - Tak dawno nikogo z rodzinnych stron nie widziałem. Co w kraju? Co w Opolu? Rębajcy ciągle się srożą?

- Dawno chyba opuściłeś Półwysep...

- Dwadzieścia lat będzie, albo więcej. Co się tam dzieje?

- Długo by opowiadać. Wszyscy Słowianie Białej Wody musieli uchodzić przed buntem przyrody. Przed Gniewoszem, którego niektórzy zwali Żmijem, przed Królową Os, no i przed Popiołcami. Nikt ze Słowian już na Półwyspie ani w ogóle nad Białą Wodą nie mieszka. Nie wiadomo dokładnie co się tam dzieje. Chyba pustkowie tylko po klęskach i wojnach zostało. Nie ma już Żywiczów, Rybowców, Rębajców. Żadnego spośród szczepów już nie ma. Wszyscy, którzy przeżyli - przemieszani zupełnie -klepią biedę na Roli Północnej wespół z tamtejszymi Słowianami, albo tutaj przychodzą, do rozwiniętych krajów, żeby wyzbywszy się godności na chleb ciężką pracą wśród poniżenia zarabiać.

- Tak... - powiedział Bukomir po dłuższej chwili. - Zgrzeszyłem obojętnością wobec własnego plemienia. Pycha mnie oślepiła. Myślałem cały świat zbawiać... Cóż, słuchajcie mnie, opowiem wam o swojej drodze - nie, nie! - nie po to, żeby się wyżalić, ale po to by się z wami doświadczeniem podzielić, przecież... Wy w Czerwonej Straży, prawda?

- Tak. - Nie było już powodu tego ukrywać.

- Znaczy porządni ludzie, Chocian sam porządny, byle komu nie ufa. A ty...

- Świetliku - ukłonił się młody mędrak.

- ...a ty Świetliku jesteś rzadkim okazem w dzisiejszych czasach. Słowianin Białej Wody, co wartości nie pogubił i obywatel rozwiniętego kraju, co mądrości różnych liznął. Ty moją drogę zrozumiesz i będziesz wiedział, co robić.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później