Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Świat podbarwiony

Ulice Śliwicy byłyby zapewne wieczorami niespokojne, gdyby nie straże, gęsto porozstawiane po ulicach miasta. Spore mieli uprawnienia, nie wahali się z nich skorzystać, gdy się ktoś porządku nie trzymał. Krew się co prawda burzyła w często już dobrze podchmielonych mieszkańcach, ale rozróby mało kto wszczynał. Na co komu więzienne kłopoty? No chyba, że tak jak w przypadku "gnojów", co Bukomira pobili, wpływowi rodzice chronili swoich dokazujących synalków, albo też ktoś z pomocą głupiutkiego tłumu rozgrywał swoje większe sprawy. To jednak nie to miejsce, nie ten czas. Zamożni i ważni w innej, jeszcze modniejszej i bogatszej części miasta się skupiali. Chociaż chyba nie wszyscy...

"Wykwint" już od progu nic innego nie robił tylko krzyczał ku nowoprzybyłym, jaki to on okazały, zagraniczny, jaki modny i wspaniały. Z szarości wieczora, z otoczonego cienką błotnistą pokrywą miejskiego bruku, spod chmurnego, sino-burego nieba trafiało się w nieskończoną mnogość barw, dźwięków i smaków. Nie, nie! Nie było to bogactwo bezładne, byle jak, byle do oporu powtykane gdzie się da! Zmyślnie poukładane to wszystko, trzymające się zasad tak, żeby gościom dogodzić możliwie najcelniej.

- Witajcie drodzy państwo w "Wykwincie"! - odźwierny z miejsca podszedł do nich, by wyjaśnić, że nie dla wszystkich miejsca wystarcza w tak modnej gospodzie. - Zapewne ktoś możny polecił państwu nasze gościnne progi. Czy mogę wiedzieć z czyjego polecenia...

Świetlik zmieszany, nienawykły do takich zagrywek zupełnie nie wiedział co robić, lecz na szczęście Sasanka uratował chwilę.

- O tak! - uzdrowicielka zaczarowała odźwiernego uśmiechem osoby wielce bywałej. - Bardzo znaczni i możni ludzie zaprosili nas tutaj. Tak możni i znaczni, że woleliby, aby ich imiona pozostały nieujawnione. Na znak jednak uznania dla sławy tego miejsca przesyłają drobny dowód przyjaźni.

Gdy już odźwierny pozostał z niemałym pieniądzem ręku, nie robił więcej trudności, tylko z szerokim uśmiechem zaprosił Sasankę i Świetlika do głównej izby. Cały przepych "Wykwintu" przed nimi.

Ściany świeżo pobielone, pełne obrazów, co miały zakusy caluteńki świat pokazać. Podłoga tak czysta, tak lśniąca, jakby chciał właściciel udowodnić, że rzecz taka jak brud wcale nie istnieje. Wystrój dobrany do barw, do wystroju zapachy i do tego wszystkiego goście także musieli pasować. Znów Świetlik był w swoich spostrzeżeniach bezradny i znów Sasanka mu z pomocą przyszłą. Pokazała jakie kabłączki i gdzie trzeba mieć upięte, by zasłużyć na zazdrosne spojrzenie innych niewiast, pokazała, jak bogactwem się obecnie świeci, aby ten sam wzrok, tych samych niewiast na siebie przyciągnąć i na dłużej w zachwycie zatrzymać. Goście podług zasad ubrani, podług zasad podobierani siedzieli jak trzeba i podług zasad spędzali wieczór.

A biegano wokół nich! Tu się przy ławach nie siadało, każdy prawie jak na tronie. Stół nie jeden wspólny, dla wielu osób, ale wiele małych tak, że ledwie pięciu czy sześciu gości mogło razem siedzieć. I ten zapach co kazał się poddać...

Nikt nie pytał, tylko zaraz miód, widać, ze przedni półtorak przed nimi wylądował, gdy tylko usiedli. Spory to będzie dziś wydatek!

- Widzisz najwyższe poziomy, widzisz wykwint i przepych? - Sasanka uśmiechnęła się jak należy i jak należy rozpoczęła rozmowę.

- Widzę... - Świetlik dla odmiany był w tym świecie zagubiony bardzo.

- Zdaje ci się! - uzdrowicielka jeszcze bardziej wydęła usta. - Nic takiego tu nie ma, to tylko złudzenie. Nie bocz się tak, nie rób takiej miny, głuptasie. Ja w mieście wychowana, to i te zasady, te gierki lepiej znam. Nauczę cie jak patrzeć, aby prawdę widzieć!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później