Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Pułapki

Niełatwo szło się po ostro kamienistym podłożu jaskini. Ani nogi wpasować w wyrzeźbione wodą wgłębienia ani się oprzeć o wystające skaliste gnaty. Wszystko chłodne i śliskie, jak to w pieczarach. Jakoś mimo przeszkód i niepewność posuwali do przodu. Mrok rozjaśnili pochodniami, których zapas Świetlik zawczasu przygotował. Dusze pocieszali kto czym mógł: Świetlik uczciwą wiarą wyniesioną jeszcze z Żywicznego Półwyspu, a Sasanka za tarczę podniesioną przeciw nieznanemu obrała, jak zawsze, swój nieprzeciętnie jasny rozum. Z czym w czerń podążał Piast jeszcze nie potrafili mędrak z uzdrowicielką odgadnąć. Zbyt krótko go znali.

Oczy już im przywykły do nowego otoczenia. Drżące od hulających po jaskini powietrznych prądów zaczęły w końcu coś odsłaniać. Pierwsze to coraz liczniejsze znaki obecności nieskończonej chyba liczby nietoperzy. Same ssaki na polowaniu, ale ślady ich grubą warstwą ścieliły się na dnie jaskini. Były miejsca, gdzie człowiek nieprzyjemnie zapadał się w tym nawozie po kostki. Jakże cenne to dobro dla rolnika, lecz dla odkrywcy raczej wątpliwa przyjemność.

Zapomnieć o tym zapachu, zapomnieć o gąbczasto-mazistym kobiercu pod stopami! Wzrok trzeba w górę skierować! Tam jeszcze całkiem sporo nietoperzy się kłębiło. Gdzie zbyt nachalnie macało je światło pochodni, wierciły się niespokojnie płosząc ciszę piskliwymi okrzykami.

- Dlaczego te tutaj nie wyleciały na żer?

- Nie wiem - Świetlik wzruszył ramionami. - Może to przedszkola. U niektórych gatunków niedawno młode na świat przyszły. Nie widzę dobrze. Zresztą co wam mogę powiedzieć pewnego? W życiu tych nietoperzy człowiek już tak namieszał, że moja wiedza o przyrodzie się tu nie przyda.

Szli dalej, coraz głębiej w chłód i wilgoć podziemia. W górze i na ścianach coś się zaczęło pojawiać. Poniszczone, pordzewiałe, bardzo stare... Resztki żelaznych krat różnej wielkości o oczkach tym większych im głębiej jaskinię.

- A to co? -Piast oczy zwrócił, ku uczonej Sasance.

- A tego się akurat domyślam - odrzekła uzdrowicielka. - Już coś takiego widziałam. Jeszcze gdy sobie pomyślę o Krwawniku... Co zrobić, aby mając czas i środki, cierpliwie, z pokolenia na pokolenie wyhodować wielkiego nietoperza?

- Nie wiem - Piast wzruszył tylko ramionami.

- Trzeba z gromady tych zwierząt wybierać największe. Krzyżować je ze sobą. Potomstwo będzie dzięki takim zabiego coraz roślejsze. Tak postępując przez setki lat, jeszcze nowopowstałe zwierzęta traktując zdobyczami nauki, można co się chce osiągnąć.

- Spójrzcie na tę kratę! - przerwał Świetlik. - Przez oczka tej cały człowiek by swobodnie przeszedł. O! Tamta jeszcze większe ma prześwity!

- Po to te kraty służyły. Takie sito, by coraz większe zwierzęta odsiewać!

- Tutaj się kraty kończą... - zauważył Piast, gdy przeszli jeszcze parę kroków.

- I nawóz z podłogi zniknął i sama podłoga równiejsza. I jakaś mgiełka światła przed nami. Gasić pochodnie!

Nagle wszystkie z istot żyjących w jaskini zamarły, wtulając najgłębiej i najmocniej we wszelkie zagłębienia. Najpierw powiew chłodnego wiatru, potem zapach odrażający nie do opisania, potem dźwięk.

- Eee-iii-! - przeciągły i świdrujący uszy pisk rozniósł się drżącym pogłosem po całej olbrzymiej jaskini.

Poprzewracało ich, jak luźne snopki powystawiane na porywisty wiatr. Coś podążał o w ich stronę.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później