Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Odrażający, brudny, Zły

Słowianie, gdy widzą i słyszą takie rzeczy zawsze mają broń, której inne ludy jakoś wykorzystać nie potrafią. Dusza wyczulona jest na dźwięki, obrazy i inne zmysły bardziej, niż tkanka. Dusza, która szybciej i lepiej niż głowa mówi ciału, jak najlepiej przetrwać: walcząc czy może kryjąc się rozsądnie. Dusza, która nade wszystko, nad te dzikie popędy, wiedziona chyba przez samych bogów, nie pozwala się załamać i pogrążyć w rozpaczy. To, co by się wydało obcemu człowiekowi spoza słowiańskiej rodziny zwierzęcym zachowaniem to dar, którym bóstwa obdarzyły wszystkich władających znajomym słowem.

Widać bogowie mają co do tego ludu jakieś zamierzenia, skoro tak ich z jednej strony doświadczają w ubóstwie i upodleniu, by potem z beznadziejnego zdawałoby się położenia cudownie oswabadzać. Dusza rośnie w Słowianach ilekroć taka potrzeba...

Duch tajemniczy, jak zbroją osłonił Świetlika, Sasankę i Piasta, gdy poczwara, drąc się niemiłosiernie, zagrała na całej jaskini, jakby to jakaś trąba była. Ściany zadrżały z przerażenia, gubiąc wiele ze swych drobniejszych kamienistych części. Powietrze, pewnie także z bojaźni, na przemian biło chłodem i gorącem, chcąc za każdą cenę ujść z podziemnej pułapki. Obraz migoczący obdarzał ich oczy na przemian: to płomiennym, choć równocześnie zimnym blaskiem, to znów mrokiem odbierającym wszelką nadzieję.

Zaszumiało im w głowach od potwornego dźwięku, zemdliło od odoru, który szczelnie wypełnił całą pieczarę, a przenikliwy wrzask przyprawiał co chwilę o dreszcze. Co to idzie?!

Żaden rozum nie przetrwałby takiego oblężenia zmysłów, żadne mądrości pokoleń nie posłużyłyby radą, gdy się takie zwaliste cielsko posuwa tuż obok człowieka, wstrząsając skalistym podłożem, jakby to lustro jeziora było, po którym się kręgi rozchodzą.

Bydlę ogromne, że cielskiem prawie całe przejście wypełniało. Piast rozpłaszczszony na ziemi, Sasanka wtulona w najmniejszą szczelinę, Świetlik wduszony w ścianę jaskini. Ani oddychać ani krzyczeć. Tylko bać się można dowoli!

Trudno opisać członki tej zmory, trudno opisać rozmiar, i wygląd. Tylko odór, oślizłe skrzydła wąpierza, ślepia jakieś palące krwistą czerwienią. Odnóża zbrojne w pazury, co kamienie kruszą... Bogowie! Pozwólcie nie wrzasnąć, pozwólcie ciału wytrzymać i głowie nie oszaleć!

Gdyby nie ta ich dusza zbrojna, zupełnie by się pogubili. Nie to, że strachliwi, nie to, że im brakowało czegoś, ale wobec potworności ciała, które się o nich ocierało, racząc najobrzydliwszymi z wrażeń, wobec krwiożerczości ducha, który z jej myśli bił, człowiek bezradny. Szczęście, że potwór w końcu ich minął, podążając gdzieś w dal. Zostawił za sobą samo paskudztwo. Tak na ziemi, jak w powietrzu. I w głowach. Szczęście coraz dalej potwór... Dusza słowiańska mogła już opuścić zbroję. Już po sprawie. Już sobie zmysły ludzkie i ludzkie ciało same poradzą. O! Rozum wraca i przejmuje w głowie władzę...

- Nic! - oprzytomniały Świetlik zmusił ciało, by spokojniej już działało. - Niegroźny...

- Co ty mówisz? To najgorsza poczwara, jaką ktokolwiek widział!

- Wielka, paskudna i zła. Nieruchawe cielsko, które żre pewnie więcej, niż cały Rój Popiołców, a naraz i tak tylko nad jednym pastwić się może. Przesadzili panowie hodowcy. Na nic im się nie przyda w bitwach i napadach. Tylko do straszenia dobra.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później